sobota, 14 listopada 2020

.11.




 - Ja też tak myślałam - mówię szczerze, po długiej, ale przyjemnej ciszy.

Wiem, że jeśli zaraz tego nie przerwę, może stać się coś, czego potem bym sobie nie wybaczyła. Dlatego po raz kolejny biorę głęboki wdech, tym samym pochłaniając tytoniowy zapach mężczyzny i podnoszę rękę. Przykładam palce do nagiego brzucha Leona i zaczynam go lekko odpychać. Okazuje się to być cięższe niż myślałam, bo nawet się nie porusza. Wkładam więc w tą czynność więcej siły i odpycham go od siebie, cały czas patrząc mu w oczy. Kiedy ostatecznie przestaje się zapierać, odsuwam go od siebie i mam na tyle miejsca, aby wydostać się z ucisku. Odchodzę parę kroków w kierunku drzwi, plecami do niego, nogi mam jak z waty. Po chwili zatrzymuję się i mówię przez ramię:

- Dobranoc.

Mężczyzna nie odpowiada, więc sprawnie udaję się do środka, następnie podążam na schody, by jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju, tuż obok Noah.


Ku mojemu zdziwieniu, mimo pełni nie mam problemu ze snem. Emocje towarzyszące mi wieczorem były na tyle męczące, abym zasypiam jak małe dziecko. Budzę się wtulona w pierś Noah. Następnie idziemy na śniadanie przygotowane przez naszą gosposię. Czuję dużą ulgę nie widząc przy stole Leona. Wydarzenia, które miały miejsce w nocy sprawiają, że mam w głowie mętlik. Jeszcze nie opowiedziałam przyjacielowi, czego wczoraj doświadczyłam, ale z pewnością zrobię  to w drodze do mojego domu. 

Śniadanie mija bardzo szybko i do apartamentowca docieram chwilę po 10.00. Noah postanawia wrócić do siebie i czekać na mnie o 11.00 na dole mojego budynku. 

Pospiesznie biorę prysznic i nakładam makijaż. Zakładam cygaretki i białą koszulę, a na nią luźną marynarkę. W między czasie rozmyślam na temat minionych wydarzeń.

Czego ode mnie chce? 

Czy to wszystko jest zaplanowane i czeka, aż podwinie mi się noga? 

Dlaczego nie mogłam mu się sprzeciwić?

Dlaczego chciałam go pocałować? 

Dlaczego jego bliskość działała na mnie w ten sposób? 

Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Wiem jednak, że wczoraj między nami powstało coś, czego nie umiem zapomnieć, czego nie chcę zapomnieć. Jego oczy nie były ciemne i ponure jak zawsze. Miały w sobie coś ciekawego, coś przyjaznego, co nie daje mi spokoju. Dziwi mnie to, że z taką chęcią uczestniczyłam w tym wszystkim. Jakbym zapomniała o wszystkich słowach, którymi mnie obdarzył oraz o krzywdzie, jaką wyrządził mi pewien zwyrodnialec. 

A może robi to wszystko celowo, żeby potem pokazać, jak nieprofesjonalna jestem?

Ale wiedziałam, że gdybym mu pozwoliła, również pocałowałby mnie.. Chyba muszę się wziąć w garść i udawać, że nic się nie wydarzyło. Bo w sumie - nie wydarzyło. To nie powinno mieć dla mnie znaczenia. Nie wiem co się zmieniło, ale zaczynam rozumieć jego dotychczasową niechęć do mnie. Przyszłam jako niedoświadczona osoba i zarządzam wszystkim, na co pracowali z moim ojcem tyle czasu. Z drugiej strony, sposób w jaki mnie traktuje pozostawia wiele do życzenia i nie mam zamiaru słuchać tego każdego dnia. Nie wiem też, czy bliska relacja z nim jest dobra. Leon zaczyna coś podejrzewać, a nie chciałabym żeby dowiedział się o moim sekrecie. Czuję, że w jego oczach nie zobaczyłabym nic innego oprócz pogardy. Z pewnością zrzuciłby winę na mnie, że sama się o to prosiłam. Ale fakt, że ocenia mnie przez pryzmat mojego wieku i braku doświadczenia również nie jest pocieszający. Powinien najpierw mnie chociaż trochę poznać, a potem wyciągać wnioski. 

Czuję, że z każdą myślą jest mi coraz gorzej. Nie wiem na czym stoję, co czuję i myślę. Jedynym racjonalnym wyjściem jest udawanie, że wczorajsza sytuacja nie miała miejsca. Ale czy będę umiała patrzeć na niego nie mając przed oczami chwili, kiedy staliśmy przyciśnięci do ściany? 

Moje rozmyślania przerywa telefon od Noah. Zakładam szpilki i wychodzę z domu. 

Do swojego biura wchodzę pełna obaw. Siadam w wygodnym fotelu i rozkładam dokumenty, które zabrałam z domu. 

- Jemy dziś razem lunch? - Do pomieszczenia wchodzi uśmiechnięty Noah. 

- Skąd ty masz tyle pozytywnej energii? - pytam wpatrzona w jego uśmiech. 

- Szkoda czasu na smutek - rzuca i rozkłada się wygonie na mojej skórzanej kanapie przed biurkiem. Robi to każdego dnia.

- No więc tak, oczywiście że razem zjemy lunch. Słyszałam o nowej knajpie kilka ulic dalej, musimy spróbować.

- No więc jeśli jesteśmy umówieni - bierze do ręki notatnik - zacznijmy rozmawiać o mniej przyjemnych rzeczach - zgrabnie przerzuca kartki.

- Muszę ci coś powiedzieć - zaczynam, bo wiem, że dłużej nie mogę tego trzymać w sobie.

- Szybko - piszczy wesoło i odkłada notatnik na kanapę. 

Opowiadam mu z każdym detalem historię z wczoraj. W pierwszej chwili jest bardzo zaskoczony i podekscytowany, z czasem jednak emocje opadają.

- Chociaż, obawiam się, że może być tu jakiś haczyk - mówi bardziej do siebie niż do mnie. 

- To znaczy? 

- Może on robi to specjalnie? Chce cię uwieść a potem udowodnić, że jesteś łatwa i dałaś się wciągnąć w grę - tłumaczy patrząc na świat za oknem.

- Myślałam o tym - przyznaję - Ale coś w środku mówi mi, że on nie jest takim człowiekiem.

- Kochanie, nie znasz go - zwraca się do mnie - Ja też nie za bardzo, więc nie warto ufać przeczuciom. Trzeba uważać.

I nagle rozbrzmiewa pukanie do drzwi. Pozwalam na wejście i widzę stojącego w drzwiach Leona. Mimowolnie serce przyspiesza swoją pracę.

- Wrócę za 10 minut - mówi Noah, zabiera swój notatnik i wychodzi. Mijając Verdasa dość wymownie mu się przygląda, a ja mam ochotę go zabić.

Mężczyzna zamyka za sobą drzwi i idzie w moim kierunku, na twarzy nie widać żadnej emocji, co sprawia, że znów zaczynam się bać. 

- Coś się stało? - pytam, by przerwać okrutną ciszę. Patrzę mu w oczy, kiedy zatrzymuje się kilka centymetrów przed moim biurkiem. 

- Mamy nowego klienta.

- Kogo? 

- Pan Forkas był tak bardzo zadowolony z twojego pomysłu, że polecił nas swojemu przyjacielowi - opowiada nie spuszczając mnie z oczu. 

- Naprawdę? - nie mogę uwierzyć - To świetne wiadomości! - uśmiecham się szeroko, czuję dużą radość i satysfakcję ze swojej pracy. 

- W związku z tym, za tydzień jedziemy do Rzymu - wzdycha ciężko i rozgląda się po pomieszczeniu. 

Przerywa nam dźwięk mojego telefonu, którego szukam. Ostatecznie szybko wstaję i podchodzę do wieszaka stojącego przy drzwiach, na którym wisi moja  marynarka.

- Słucham? - przykładam do ucha telefon - Cześć mamo.

- Violu zapomniałaś wziąć swojej ładowarki od telefonu - tłumaczy zmartwiona.

- Naprawdę? - mówię głośniej z niedowierzaniem i podchodzę do panoramicznego okna - Kurczę, to nic. W takim razi zajadę dziś po nią po pracy - Czuję wzrok Verdasa na sobie, ale boję się odwrócić.

- To jeszcze lepiej, może zostaniesz na kolacje? 

- Tylko jeśli pani Black przygotuje na kolacje tosty - mówię żartobliwie i uśmiecham się do siebie. Potem, chcąc sprawdzić wspólnika gwałtownie obracam się do niego i widzę, że  bezwstydnie na mnie patrzy.

- Już idę jej przekazać! - śmieje się - Do zobaczenia.

- Cześć mamo - kończę w wzrokiem wbitym w Verdasa. 

Podchodzę więc do biurka i siadam na skórzanym krześle. Mężczyzna stale mnie obserwuje, co sprawia, że nie mogę skupić swoich myśli. 

- To wszystko, czy jest coś jeszcze? - mówię niepewnie. Wiem, że nieoficjalnie wypraszam go z pomieszczenia, ale nie mogę znieść widoku wpatrującego się we mnie w ciszy Verdasa.

- To wszystko - podnosi się i idzie w kierunku drzwi - Pamiętaj o zebraniu o 14.30 - mówi kiedy przekracza próg drzwi. 

Chwilę później pojawia się Noah, gotowy na plotki. Rozsiada się na kanapie, w ręku trzyma kubek z herbata. 

- No i jak tam? - mruczy ponętnie, trzepocząc rzęsami na co przewracam oczami.


Gdy na zegarku widzę godzinę 13.00 podnoszę się z miejsca, zabieram skórzaną kurtkę i wychodzę szukać Noah. Zaplanowaliśmy przecież wspólny lunch. Niestety, nie mogę go znaleźć. Szukam w każdym możliwym miejscu. W jego mini biurze, w którym zazwyczaj nie przebywa, bo jest u mnie. Zachodzę też do firmowej kuchni, bo prawdopodobieństwo, że go tu znajdę jest duże. Ku mojemu zdziwieniu, tam też go nie ma. Zaglądam do biur innych pracowników, z nadzieją, że może zapuścił się u kogoś na dawkę plotek. Pukam też do Verdasa, ale nie ma go w swoim biurze. 

Zrezygnowana przechadzam się po korytarzu, który nagle stał się pusty. Słysząc dźwięk dochodzący z jego końca szybko się obracam i ruszam w tym kierunku. Jednak zatrzymuję się i z impetem wpadam na kogoś. Słychać tylko trzask tłukącej się porcelany i krzyk kobiety. Nagle czuję, że coś pali mnie w brzuch. 

- O Boże - słyszę głos Mii, mojej sekretarki - Tak bardzo przepraszam, wpadła pani na mnie tak nagle. 

Zerkam w dół i widzę, że moja koszula ubrudzona jest jakimś płynem. Po zapachu mogę stwierdzić, że jest to kawa. Palcami unoszę gorący materiał by nie dotykał mojej skóry. 

- To nic, wszystko jest w porządku - zaczynam uspokajać rozhisteryzowaną dziewczynę - I mów mi po imieniu.

- Co tu się dzieję? - słyszę oschły głos Leona. 

- Jeszcze Ciebie tu brakowało - mówię do siebie.

- Panie Verdas, przypadkowo wpadłyśmy na siebie i wylałam kawę - Mii drży głos, więc patrzę na nią pokrzepiająco. 

Mimo rozlanej kawy, dociera do mnie zapach papierosów. To tam byłeś...

- Odsuń się i zawołaj panią sprzątającą - warczy do  dziewczyny, a ja się prostuję bo jego głos jest jak skała. 

Podchodzi do mnie i patrzy na moją ubrudzoną, już nie biała koszulę. Wzdycha ciężko i zgrabnym ruchem wyciąga z kieszonki marynarki białą chusteczkę. Zbliża się do mnie i zaczyna wycierać plamę. Zgrabne, długie palce przemieszczają się po moim ciele, a ja zaczynam czuć dyskomfort. Patrzę na to, co się dzieje z wytrzeszczonymi oczami. Co on właśnie robi?

- Przestań - łapie go za ręce, które sprawnie odsączają kawę z tkaniny. On jednak nie odpuszcza i wyrywa je. 

- Co za nieuważność - mruczy pod nosem. 

- Leon - mówię głośno - Dziękuję ale zostaw to. 

Mężczyzna się prostuje i patrzy na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nagle kątem oka widzę zbliżającego się Noah.

- Co tu się stało? - pyta, kiedy jest obok mnie. 

- Gdzieś ty był? Szukam ciebie wszędzie - rzucam i patrzę na niego wrogo - Mia wylała na mnie kawę.

- Nic ci nie jest? - to pytanie zadaje Leon, aż nie mogę w to uwierzyć.

- Jest ok, poza brudnym ubraniem nic mi nie jest.

- Byłem na dole po przesyłkę - tłumaczy się Noah.

- Idziemy? - wzdycham ciężko, mam już dość tej sytuacji i Leona, który zdecydował się być milczącym obserwatorem całej sytuacji. 

- Tak, chodźmy.

Zachodzę do swojego biura po obszerną marynarkę, która całkiem dobrze zakrywa mokrą plamę. Czekając na windę odwracam się na chwilę i widzę wspólnika stojącego we framudze drzwi do archiwum. Oparty przygląda się mi i Noah. Wzrok ma nieobecny, jakby coś go dręczyło. Nasz wzrok na sekundę się spotyka, wyczuwam pewnego rodzaju przyciąganie. Chciałabym patrzeć mu w oczy przez znacznie dłuższy czas niż jest mi dane. 


- Co to było? - pyta rozbawiony Noah. 

Siedzimy w nowej knajpie i zajadamy przepyszne danie z makaronu. Tego właśnie było mi trzeba. Pomieszczenie jest urządzone w stylu retro, na ścianach wiszą wiekowe grafiki, a na suficie rozwieszone są stare lampki w formie żarówek. W tle gra muzyka z lat 80. Wszystko tworzy niesamowitą scenerię, można się poczuć jak starym filmie. 

- Sama nie wiem - przyznaję patrząc w szklankę soku pomarańczowego.

- On normalnie rzucił się z pomocą! - zdecydowanie słychać ekscytację.

- I to właśnie mnie martwi. Zareagował bardzo nerwowo, nie wiem dlaczego.

- Może podobasz mu się - porusza znacząco brwiami, na co ja przewracam oczami. 

- Nie gadaj głupot, zdecydowanie nie - głęboko oddycham - Po prostu szybko się denerwuje, biorąc tez pod uwagę brak profesjonalizmu - kończę prześmiewczo.

- To pewnie też, ale coś mi tu śmierdzi - mówi i patrzy przez okno na ulicę. 


Do biura wracam po 14.15 i w pośpiechu przygotowuję dokumenty na zebranie wszystkich pracowników. Kiedy wszystko jest gotowe biorę łyk zimnej kawy i wychodzę. W sali konferencyjnej znajdującej się na szarym końcu naszej firmy jestem przed czasem, wszystkie miejsca są jeszcze wolne, więc siadam na jednym z brzegu. To moje pierwsze zebranie z pracownikami, denerwuję się. 

- Wiesz, że jako właściciel firmy powinnaś usiąść w bardziej widocznym miejscu - słyszę przy uchu głos Leona i moje ciało ogarnia dreszcz. 

Głośno odchrząkuję. Mężczyzna stale nachyla się nad moim uchem sprawiając, że czuję się co najmniej niekomfortowo. Jednak z drugiej strony, ta bliskość nie jest już aż tak paraliżująca jak kiedyś. Coś się we mnie zmieniło.

- Szybki papieros przed praca - mówię kąśliwie na co cicho prycha. Zapach tytoniu uderzył we mnie z momentem, gdy otworzył usta. 

- Muszę jakoś uspokoić nerwy przed twoim pierwszym wystąpieniem - wciąż mówi do mojego ucha, więc w ramach ostrzegania chrząkam kolejny raz. Tym razem działa i czuję jak się odsuwa. 

Podnoszę się z miejsca i biorąc swoje dokumenty przenoszę się na krzesło na samym końcu długiego stołu, mając widok na każde inne miejsce.  Ku mojemu zdziwieniu krzesło obok mnie, po prawej stronie zajmuje Verdas. Dzieli nas tylko kant stołu. Oboje zajmujemy swoje miejsca, układamy dokumenty na szklanym blacie. Omyłkowo, zakładając nogę na nogę uderzam w kończynę Leona na co tylko ciężko wzdycha. Jakby przewidział, że siedzenie obok mnie może się z tymi wiązać.

- Przepraszam, nie chciałam - mówię cicho, bo pracownicy zajmują miejsca. 

On tylko na mnie zerka i lekko się uśmiecha, jakbym go rozbawiła swoim zachowaniem. Pozostawiam to bez komentarza i zwracam się do pozostałych osób.

- Czy wszyscy już są? 

- Tak - odpowiada jeden z pracowników.

- To zacznijmy - mówię i szukam w papierach dokumentu, który chcę omówić.


Spotkanie przebiega sprawnie i bezproblemowo. Poruszam ważne dla firmy kwestie organizacyjne, które przyjmowane są z entuzjazmem. Kilka razy przypadkowo trącam nogę Leona, który nawet tego nie komentuje, a jedynie obdarza mnie to rozśmieszonym, to chłodnym spojrzeniem. 


Gdy wychodzę z pracy podchodzi do mnie Noah i proponuje wspólny powrót.

- Żebym nie zapomniał - mówi - Jutro mam urodziny.

- O jeju, dobrze, że mi mówisz - mówię radośnie, bo zdążę jeszcze kupić prezent. 

- Urządzam imprezę - na jego twarzy maluje się szeroki uśmiech - W moim mieszkaniu, jutro o 21.00

- Mam się czuć zaproszona? - pytam podśmiechując. 

- Jeden z gości nie może przyjść, więc wskakujesz z listy rezerwowej - puszcza do mnie oko. 

- Oj, w takim razie chyba jednak coś mi wypadnie - tłumaczę się i udaję smutną.

- Nie żartuj sobie, kochanie - śmieje się - Obecność jest obowiązkowa. 

- A więc będę.


Następny dzień mija bardzo szybko. Leona mijam jedynie jednorazowo na korytarzu, ale i tak jest pochłonięty rozmową telefoniczną. Noah również chodzi całkowicie zajęty ciągłymi telefonami i smsami. W końcu dziś impreza. Po pracy idę do centrum handlowego, gdzie chcę kupić prezent. Nie mam zbyt wiele czasu, więc czuję lekki stres, że nie znajdę nic wartego uwagi. Ostatecznie wychodzę z dużą szklaną ramą na zdjęcia i jej tajną zawartością. 

W domu biorę gorący prysznic, nakładam na twarz maseczkę i zakładam biały, ciepły szlafrok. W ramach rozluźnienia nalewam też sobie lampkę szampana i gołymi stopami przechadzam się po salonie i kuchni. Biorę kupiony w sklepie papierniczym ozdobny papier w jaskrawe wzory i równie barwną wstążkę z zamiarem zapakowania mojego prezentu. Te kolory, choć kiczowate i kompletnie nie w moim guście, zdecydowanie pasują do cudownej osobowości Noah. 

W garderobie spędzam najwięcej czasu. Od zawsze mam problem z wyborem kreacji na imprezy. Często, kiedy byłam mała i mieszkałam z rodzicami, mama przychodziła do mnie dzień wcześniej, żebyśmy spokojnie mogły wybrać sukienkę. Wiedziała, że wiąże się to z moimi kaprysami, tupaniem nogą w podłogę a nawet łzami. 

Po długich namysłach zakładam czarną, welurową sukienkę. Jeden rękaw jest długi, drugiego natomiast nie ma, przez co sukienka jest asymetryczna i ciekawa. Ku mojemu niezadowoleniu odkrywa też sporą część ciała, co próbuję załagodzić obciągając ją ciągle w dół. Dobieram czarne sandałki na szpilce oraz niewielką torebkę. Mój makijaż jest prosty, lecz z pazurem w postaci krwistoczerwonej pomadki na ustach. Umyte niedawno włosy postanawiam związać w wysokiego kucyka. Biorę prezent i po raz ostatni zerkam na siebie w lustrze znajdującym się przy drzwiach wyjściowych. 


Do drzwi mieszkania Noah pukam 15 minut później, trzymając kurczowo prezent praktycznie większy ode mnie. Otwiera mi oczywiście gospodarz imprezy z wielkim uśmiechem na twarzy.

- Violuuuuuuu - tak, wypił już trochę. 

- Noah, życzę Ci wszystkie co piękne i dobre - składam mu życzenia w przedpokoju, gdzie jest trochę ciszej - Zawsze bądź tym pięknym i barwnym kwiatem, którym jesteś teraz.

- Dziękuję ci kochanie - bierze ode mnie prezent i czule przytula - Ale co to jest? 

- Otwórz - radzę.

- Wciąż nie wiem co to - mówi po wyjęciu ramy z papieru.

- To jest plakat z gwiazdozbiorem, który był na niebie w momencie naszego poznania - informuję go.

- Słucham?! To jest genialne! - piszczy radośnie, a ja cieszę się, że prezent przypadł mu do gustu - Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do zabawy. 

Idę za Noah w głąb przestronnego mieszkania. Widzę kilka osób z firmy i ludzi, których kompletnie nie znam. Mężczyzna przedstawia mnie niektórym z nich, radośnie oznajmując, że przyjaźni się ze swoją szefową. Za każdym razem przewracam wymownie oczami, ale on nic sobie z tego nie robi, a nawet go to bawi.

Mieszkanie mojego asystenta jest pokaźnych rozmiarów, jest tu oczywiście kolorowo, ale z klasą. Przestronny salon, który w tym momencie wypełniony jest głośną muzyką i około 30 osobami, połączony jest z jasną kuchnią. Aktualnie w mieszkaniu panuje przyjemny dla oczu półmrok, ale w dzień z pewnością jest tu jasno z uwagi na duże okna znajdujące się na całej długości ścian. 

Ostatecznie imprezę spędzam przy wyspie kuchennej z Mią, moją sekretarką, która również została zaproszona. Wygląda obłędnie w krótkiej sukience z  cekinami. Rozmawiamy o różnych rzeczach, głównie o jej dzieciństwie w Paryżu, z którego pochodzi. 

Moje słuchanie i rozglądanie się po mieszkaniu przerywa coś co zaskakuje mnie do granic możliwości.

- Co robi tutaj Leon? - pytam Mii, wiedząc, że nie zna odpowiedzi.

- Nie wiem, też się zdziwiłam, kiedy go zobaczyłam - podąża wzrokiem za mną i dyskretnie przygląda się Verdasowi - Bardzo rzadko przychodził na tego typu imprezy, które były organizowane.

- Dziwne - mruczę nie spuszczając go z oczu.

- Najwyraźniej coś się zmieniło.

Leon siedzi na kanapie, obok niego równie młody i przystojny mężczyzna. Zawzięcie rozmawiają, trzymając szklanki z whisky w dłoni. Mimo mroku widzę, że mężczyzna jest ubrany w jasne, eleganckie spodnie w kratkę i białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami. Włosy w niewielkim nieładzie dodają mu lekkości. 

Nagle obraca głowę w moją stronę i nasze oczy się spotykają. Zdezorientowana nie odwracam wzroku, lecz wciąż wpatruję się w siedzącego kilka metrów ode mnie wspólnika. Jakbym skamieniała. Co mnie dziwi, on też nie przestaje się w mnie wpatrywać. Po chwili unosi swoją szklankę z alkoholem, na znak toastu. Robię to samo z moim kieliszkiem czerwonego wina. Wpatrzeni w siebie przez chwilę utrzymujemy naczynia w górze, by potem wziąć łyk cierpkiego trunku. Walkę na wzrok przerywa głos Mii.

- Przepraszam, pójdę to toalety - obdarzam ją ciepłym uśmiechem i odprowadzam wzrokiem. 

W mgnieniu oka obok mnie stoi Noah, który zdecydowanie powinien przestać pić. 

- I jak się bawisz? - pyta i kładzie rękę na  moim ramieniu. 

- Co tu robi Verdas? - w moim głośnie słychać zdenerwowanie. 

- Zaprosiłem go, jak co roku - tłumaczy - Co roku odmawia, jednak w tym postanowił się pojawić.

- Dziwnie się czuję.

- Przestań, baw się! - podnosi do góry swój drink.

- Oczywiście - śmieję się z tego widoku - Piękne mieszkanie, takie Twoje.

- A dziękuję - rzuca i odchodzi. 

Postanawiam pójść do toalety z nadzieją, że Mia już wyszła. Na moje szczęście pomieszczenie jest puste.

Patrząc w lustro wiszące nad umywalką poprawiam makijaż i włosy. Dawno nie wyglądałam tak wyzywająco, ale za razem ładnie. Z jednej strony dodaje to pewności siebie, z drugiej zaś sprawia, że ciągle się kontroluję. Siebie i innych wokół. 

Po paru minutach wychodzę z toalety. Zmierzając w kierunku Mii czekającej w miejscu, w którym się rozstałyśmy rozbrzmiewa mój telefon. Pospiesznie wyciągam go z torebki i wychodzę na taras.

- Tak tato? - Włączam głośnomówiący, żeby lepiej go słyszeć.

- Przeszkadzam Ci? 

- Nie - z pewnością słychać głośną muzykę w tle - Jestem na urodzinach Noah. 

- Wspaniale, złóż mu życzenia ode mnie.

- Zrobię to - potwierdzam - Coś się stało?

- Nie, chciałem ci tylko powiedzieć, że w poniedziałek jest otwarcie nowej kancelarii twojej bratowej i na pewno byłoby jej miło, gdybyś się pojawiła.

- Kompletnie zapomniałam - wzdycham ciężko - Oczywiście, że będę. Poprzestawiam coś w grafiku i zobaczymy się.

- Cieszę się. Dobrze, więc nie przeszkadzam. Baw się dobrze i uważaj na siebie.

- Dziękuję, dobranoc. 

Zdecydowanie taras jest jedynym miejscem, w którym da się pozbierać myśli. Mieszkanie Noah znajduje się na najwyższym piętrze, więc widok na miasto jest obłędny. 

- Jak się bawisz? - jest i on.

Odwracam się do Leona. Stoi w drzwiach, w ręku trzyma szklankę whisky i uderza w nią palcem wskazującym, w rytm muzyki. 

- Dobrze - rozglądam się i widzę, że jesteśmy sami - Nie wiedziałam, że lubisz takie imprezy.

- Nie przepadam - bierze głęboki wdech - Ale postanowiłem częściej wychodzić ze swojej strefy komfortu.

- Yhym - nie wiem, o czym mam z nim rozmawiać.

- A Ty? Lubisz takie imprezy? 

- Lubiłam - połykam ślinę - Teraz raczej preferuję takie w gronie bliskich znajomych.

- Dlaczego? - przygląda mi się z zaciekawieniem.

- Tak po prostu jest - mam nadzieję, że to zaspokoi jego ciekawość. 

- Wybawiłaś się już? 

- Można tak powiedzieć - mówię i odwracam się plecami do Leona i łapię barierkę. 

- Przez przypadek słyszałem twoją rozmowę - zagaduje, kiedy staje obok mnie. Dzieli nas kilka centymetrów. 

- Przez przypadek? - unoszę brew i delikatnie się uśmiecham.

- Miałem zamiar z tobą porozmawiać, nie podsłuchiwać - tłumaczy, lekko się śmiejąc. 

- A o czym chciałeś rozmawiać? 

- Trzeba mieć o czym rozmawiać, żeby rozmawiać? - wpatruje się w widok miasta.

- Tak mi się wydaje - mruczę, co chwilę zerkając na jego profil.

- Jesteście blisko ze swoim bratem? 

- Hm - dziwię się na jego pytanie - Tak.

- Kilka razy widziałem go w firmie, ale nie bywa w niej za często.

- Ma swoją rodzinę, pracę. Nie ma co się dziwić, że nie ma czasu na odwiedziny - mrużę brwi. 

- Jest od ciebie starszy? - patrzy na mnie, jednak potem znów powraca do panoramy.

- Tak, ma 32 lata. Ma swoją firmę, ale w dużej mierze pomaga też w prowadzeniu kancelarii swojej żony - przerywam - Odpowiadając na twoje kolejne pytanie. 

- Tak, o to właśnie chciałem zapytać - czy ja go rozśmieszyłam? - Czyli dobrze im się układa?

- Tak, raczej tak. Właśnie wprowadzają się do nowego domu - uśmiecham się do niego.

- Dlaczego ty, a nie on? - dziwnie mruży oczy.

- Co masz na myśli?

- Wasz ojciec mógł przekazać firmę twojemu bratu - tłumaczy spokojnie - Jednak wybrał ciebie.

- Racja - wzdycham ciężko - Mój brat widział siebie w innej branży. Nie chciał niczego dostawać. Wolał sam dojść do celu.

- I pewnie rodzice nie byli z tego zadowoleni?

- Oczywiście, że nie - mówię cicho i milknę.

- Poruszyłem delikatny temat?

- Tak, nie chcę o tym rozmawiać.

 Ta rozmowa jest inna niż pozostałe. Jest spokojna, prosta. Leon sięga do kieszeni w spodniach i wyciąga pudełko papierosów, w której ukryta jest zapalniczka. Sprawnie wyciąga jednego z nich i zapala. Następnie patrzy na mnie, jakby sobie przypomniał i gestem proponuje papierosa. Zastanawiam się chwilę i kiwam twierdząco głową. Chwilę później stoimy na skraju sporego tarasu, owiani dymem i chłodnym wiatrem.

- Jeszcze trochę i skończę z nałogiem - śmieję się i o dziwo, on też to robi.

- Bez przesady, to twój drugi papieros od kiedy się znamy!

- Tak się zaczyna.

- Daj spokój - obdarza mnie ciepłym uśmiechem.

- A ty masz rodzeństwo?

- Mam -  zaczyna i o dziwo kończy.

- A więc? - mówię po chwili ciszy.

- Mam dwie siostry, ale nie mam z nimi dobrego kontaktu - odzywa się - Nie chcę o tym rozmawiać - cytuje mnie.

- Jasne - czyli jednak nie ma idealnego życia. 

Ostatni raz zaciągam się, zaczyna mi się to podobać, co jest trochę niepokojące. Ale w tym momencie mnie to nie obchodzi. Leon gasi swojego papierosa zaraz po mnie.

- Szybka jesteś - komentuje z zadziorem w oczach i głosie. Intryguje mnie.

Biorę kieliszek postawiony wcześniej na podłodze i dopijam do końca. 

- Idę po więcej - podnoszę kieliszek i macham mu przed oczami.

- Zajmę się tym - oznajmia i zabiera mi go. 

Sekundę później znika za szklanymi drzwiami. Wdycham świeże powietrze, które o tej porze dnia aż piecze w nozdrzach. 

- Hej - słyszę i obracam się.

- Hej - marszczę brwi, bo nie mam pojęcia kim jest wysoki blondyn.

- Może zatańczymy? - wydaje się być w porządku, ale nie mam ochoty na tańce.

- Wiesz co, nie za bardzo. Wolę postać tutaj - tłumaczę miło. 

- Ok, ale jeśli zmienisz zdanie to jestem w środku - uśmiecha się.

- Raczej nie zmieni - głos Verdasa uderza nas niczym młot.

Mija go w wejściu i podchodzi do mnie. Podaje kieliszek pełen czerwonego wina, sam też dopełnił swoją szklankę. 

- Jak coś, będę pamiętać - krzyczę do chłopaka, który odchodzi.

- Ciągle muszę cię ratować z opałów - wywraca teatralnie oczami i bierze łyk alkoholu.

- Byłeś niemiły - komentuję i też kosztuję trunku.

- Sytuacja tego wymagała.

- Nie, ty zawsze jesteś niemiły - zaznaczam. Czuję, że wino działa na mnie szybciej niż zawsze. Muszę przystopować.

- Teraz też? - obraca się do mnie twarzą i zbliża. 

- Zależy jak zawieje wiatr - patrząc mu w oczy biorę kolejny duży łyk.

Uśmiechamy się do siebie, jakbyśmy jeszcze tydzień temu nie rzucali w siebie piorunami. Obserwując kolor jego tęczówek dopijam wino i oblizuję usta z resztek napoju. Chyba zaczynam przeginać.

- Nie rób tak - mruczy i wpatruje się w moje wargi.

Momentalnie poważnieję i prostuję. Ma racje, zaczynam przesadzać, a to wszystko totalnie nieświadomie. 

- Zobaczę co u Noah - informuję i wchodzę do dusznego mieszkania wypełnionego spoconymi już pewnie ludźmi.


Przyjęcie przebiega szybko. Czuję się stale obserwowana przez Leona, ale staram się ignorować jego ciekawskie spojrzenie. Z mieszkania wychodzimy po 3.00 i muszę stwierdzić, że jestem odrobinę bardziej pijana niż powinnam. 

- Na pewno nie chcesz przenocować? - po raz kolejny pyta Noah. Stoimy już na klatce schodowej.

- Nie, poradzę sobie - uśmiecham się ciepło i udaję, że nie kręci mi się w głowie - Masz pełno ludzi do przenocowania.

- Ale napisz jak będziesz w domu - przytula mnie.

- Dobranoc i dziękuję.


Idę ramię w ramię z Mia wzdłuż jednej z ulic. Tuż za nami jest Leon i 2 inne osoby, które idą w tym samym kierunku. Wszyscy idziemy w ciszy, chyba każdy jest na tyle zmęczony, że nie chce rozmawiać o byle gównie. 

- Tu mieszkam - mówi Mia wskazując na blok, obok którego przechodzimy.

- Poradzisz sobie? - pytam.

- Oczywiście - obdarza nas ciepłym uśmiechem - Dobranoc.

- Dobranoc - odpowiadam. 

Po drodze odłączyły się od nas 2 osoby, których nie znałam. Idę więc teraz ramię w ramię ze swoim wspólnikiem, w ciszy, która jest błogosławieństwem dla mojej pijanej głowy. Ale marsz i zimne powietrze nie sprawia, że trzeźwieję.

- Dobranoc - rzucam, kiedy widzę swój apartamentowiec.

- Nie rozumiem - odwraca się w moją stronę zdziwiony moim pożegnaniem.

- Tam jest mój balkon - wskazuję palcem w górę, gdzie prawdopodobnie mieszkam.

- Zaprowadzę cię - mówi i rusza w kierunku wejścia.

- Nie ma takiej potrzeby - jestem stanowcza, wolę nie wywoływać wilka z lasu. Jestem po paru kieliszkach wina i nie wiem jaka może  być moja reakcja na bliskość Leona. 

- Nalegam! - krzyczy z oddali. Nie mam wyjścia więc gonię go w piekielnie wysokich obcasach. 

Kodem otwieram drzwi do klatki i kiedy już jestem w środku czuję, że szybka przebieżka, która miała miejsce chwilę temu zmieszała wszystko w moim żołądku. Zamykam więc na chwilę oczy, a do moich nozdrzy dobiega zapach mojego towarzysza. Otulona tym aromatem idę w ciszy do windy i czekam aż Verdas do mnie dołączy, co dzieje się bez żadnych komentarzy. 

Podróż windą mija dziwnie szybko. Nie wiem, czy na moment zasnęłam, czy naprawdę zwiększyła swoją szybkość. Zdezorientowana wysiadam i mknę w kierunku drzwi do mojego domu. Bardzo nieudolnie szukam kluczy w małej torebce, co po dłuższej chwili się udaje i przekręcam zamek. Kiedy przypominam sobie o obecności wspólnika, odwracam się w jego stronę i delikatnie przykładam policzek do kojąco chłodnej ściany. 

Otwieram oczy szerzej niż dotychczas i z zaciekawieniem przyglądam się Leonowi. On też patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami, w których widzę coś intrygującego, nieodgadnionego. Stoimy tak jakąś chwilę, próbuję się pozbierać, by odpowiednio się z nim pożegnać. Mężczyzna mnie nie pospiesza, milczy i czeka na reakcje z mojej strony. 

Spostrzegam, że stoimy bardzo blisko siebie i ponownie, ta bliskość nie jest dla mnie męcząca. Wręcz przeciwnie - chcę żeby był bliżej. Mrugam szybko, analizując moje odczucia.

- A może wejdziesz na kawę?


 ♥


poniedziałek, 9 listopada 2020

.10.






Z głębokiego snu wyrywa mnie donośny dźwięk. Nie otwierając oczu szukam dłonią cholernego telefonu, który nie pozwolił mi na dalszą sielankę. Kiedy w końcu go znajduję, nie patrząc na ekran przykładam do rozgrzanego od ucisku ucha. 

- Tak? 

- Violetta, czy ty żyjesz? - słyszę głos przyjaciela i powoli zaczynam się rozbudzać. Szybko otwieram oczy i patrzę przed siebie. Światło wpada do pokoju z dużą odwagą, stwierdzam więc, że jest już koło południa. Zrywam się na równe nogi.

- Tak! Która jest godzina? - pytam z nadzieją.

- Jest 12.30. Dzwonię do ciebie od wczoraj. Jesteś w pokoju? - w jego głosie słychać zdenerwowanie. Nigdy wcześniej nie mówił w ten sposób, to była nowość i mogę stwierdzić, że moje uszy nie cieszą się na ten dźwięk. 

- Jestem, jestem. Przepraszam, ale zaspałam. Z pewnością zapomniałam wczoraj nastawić budzik.

- Idę do ciebie - rzuca cicho i rozłącza się. 

Chwilę później jestem już razem z nim w moim pokoju hotelowym. Noah ubrany w jasną koszulkę polo od znanego projektanta siedzi na łóżku i nerwowo stuka butem w ciemną podłogę. Nic nie mówi, co po części mnie cieszy, bo mogę skupić się na bieganiu i ubieraniu. Dotychczas nie miałam czasu na zebranie myśli i przypomnienie sobie wczorajszego wieczoru. Wiem jednak, że rozmazany tusz na policzkach i fakt, iż spałam w ubraniu nie świadczą o niczym dobrym. 

Ubrana w kwiecistą sukienkę stoję przed Noah i wiąże włosy w luźnego koka. Patrzę mu w oczy, przepełnione zmartwieniem i złością. Czekam na wybuch. Trzy, dwa, jeden...

- Gdzieś ty się wczoraj podziewała?! - krzyczy - Miało cię nie być 30 minut, a widzimy się dopiero teraz. Nie odbierałaś telefonów, a dzwoniłem do ciebie setki razy. Z resztą Leon też - na imię współpracownika wzdrygam się mimowolnie, co oczywiście dostrzega mężczyzna, ale kontynuuje - Stałem godzinami pod twoimi drzwiami, ale ty nie otwierałaś, wiesz jak się martwiłem?! 

- Ja - ucinam, bo dotyka mnie przeszłość, co prawda bardzo bliska. Przypominam sobie wydarzenia z minionej nocy i mimowolnie zaczynają mi się pocić ręce. Patrzę gdzieś w nicość, nie skupiam wzroku na niczym konkretnym. Przed oczami stają mi różne urywki. Picie alkoholu z Verdasem, ucieczka od napalonych typów, czy krótka, ale jakże bolesna rozmowa z wspólnikiem.

- Co ty? - próbuje zmusić mnie do wyjaśnień.

- Przepraszam - siadam obok niego i patrzę na swoje dłonie - zawiodłam cię i zmusiłam do martwienia się.

- To nieważne, powiedz co się wczoraj działo - mówi już trochę cieplejszym głosem niż przez ostatnie 10 minut. Nie mam nic do stracenia, a Noah jest mi szczególnie bliski. Bez większego zastanowienia otwieram buzię i zaczynam opowiadać.

Z pokoju wychodzimy po 13.00, podczas naszej rozmowy kilkukrotnie dzwonił Leon. Próbował dowiedzieć się co ze mną, ale przyjaciel skutecznie go zbywał. Jesteśmy w windzie, a serce stoi mi w gardle bo wiem kogo zaraz zobaczę. Podróż mija dziwnie szybko i nim się spostrzegam jesteśmy przy recepcji. Na plecach czuję kojący dotyk Noah, który w tym momencie jest niesamowicie potrzebny. Tylko dzięki niemu podniosłam się dziś z łóżka i ogarnęłam. Był bardzo przejęty moimi doświadczeniami z wczoraj i obiecał  nie opuszczać mnie na krok przy Verdasie. 

- Jesteście - słyszę go. 

Delikatnie obracam głowę w stronę źródła głosu i widzę Leona, jak zawsze idealnie ubranego i uczesanego. Mężczyzna jeszcze bardziej zbliża się do nas, a ja sztywnieję. Po tym, co wczoraj mi powiedział stwierdzam, że nasza dalsza współpraca będzie prawie niemożliwa, chyba że ograniczymy kontakty do minimum. Gdy jest naprawdę blisko zaciągam się zapachem, który przywiódł. Oczywiście czuć tytoń, co pozwala mi stwierdzić, że poranne palenie ma już za sobą. Ku mojemu zdziwieniu ten zapach nie wywołuje już we mnie tak negatywnych odczuć, myślę, że mogę stwierdzić iż przestał już mi przeszkadzać. 

- Tak, możemy iść do auta - rzuca chłodno Noah i ciągnie mnie w kierunku wyjścia. Idziemy równo, ja pomiędzy nimi, porządnie zdenerwowanymi mężczyznami. 

W mojej głowie przeżywam wojnę - czy mam się odezwać? A może lepiej będzie jak dziś nie będę zabierać głosu. Ta opcja wydaje się być wygodniejsza, jednak wiem, że dałabym Verdasowi kolejny powód do wyśmiania mnie. Co za tupet... Skupiam więc wszystkie swoje siły i przełykam głośno gęstą ślinę.

- Czy masz dwie wersje planów ogrodu dla Pana Forkasa? - pytam odważnie, jednak jestem pewna, że da się wyczuć drżenie w głosie. Jedziemy dziś zaprezentować swoje pomysły jednemu z najbardziej wpływowych ludzi w Rzymie. 

- Mam - mruczy pod nosem Leon, jednak bardzo dobrze go słyszę. 

Nawet na mnie nie spojrzał, dlatego bez większych obaw przyglądam mu się z zaciekawieniem. Ubrany w grafitowy garnitur w delikatna kratę oraz biała koszulę sprawnie pokonuje odległość z hotelu do auta czekającego na parkingu. W kieszeni marynarki odbija się paczka papierosów, a klapa od kieszeni jest lekko wymięta. No tak, jest dość często odwiedzana. Dziś nie ma na sobie krawatu, co nie powiem, dodaje mu lekkości i młodzieńczego wyglądu. Przyznam szczerze, wygląda bardzo dobrze, pewnie nie może się odgonić od kobiet - młody, przystojny i majętny - przecież to zestaw idealny dla wielu z nich. Jedyne na co można narzekać to na jego brak czasu. Widzę, że mężczyzna lubi to co robi i jest w tym dobry, a żeby osiągnąć taki sukces musi poświęcać swoje życie prywatne. Kolejna rzecz, do jakiej można się przyczepić jest charakter. Jest tak okrutny i bezduszny,  kobieta musiałaby być ślepa i głucha, żeby tego nie zauważyć i zaakceptować. 

Całą drogę do domu Pana Forkasa spędzam wśród własnych myśli, na tylnym siedzeniu limuzyny z siedzącym tuż obok Noah. Mężczyzna co jakiś czas zerka na mnie, ale nic nie mówi, jakby czuł że jedyne czego teraz potrzebuję to cisza.

Dom, a raczej rezydencja Włocha jest cudowna, nowoczesna, ale z śródziemnomorskim klimatem, a jedyne czego jej brakuje to bajkowy ogród, który może dane nam będzie zaprojektować. 

- A więc? - pyta Leon, dość niecierpliwy, jakby chciał jak najszybciej się stąd zmyć. W piątkę, bo dołączyła do nas żona Pana Forkasa, siedzimy na ocienionym tarasie.

- Wasze pomysły są bardzo dobre, jednak czegoś im brakuje - przyznaje.

Kątem oka jeszcze raz zerkam na przygotowane plany. Oba są bardzo dobre, dominują w nich egzotyczne rośliny, kamienie. To nie jest coś, co lubię jednak nasi architekci dołożyli wszelkich starań, żeby uszczęśliwić klienta. Ja jednak zachowałabym stare drzewa, które wciąż rosną na posesji. To one nadają klimat temu miejscu. 

- Myślę, że projekty są idealne i powinniśmy jak najszybciej rozpocząć wycinkę tych drzew, aby zdążyć przed jesienią - tłumaczy mój wspólnik, kompletnie nas ignorując. Nerwowo przerzuca między palcami czarny długopis. Bardzo lubi jak wszystko idzie po jego myśli. Jednak kiedy mówił o wycince drzew, przyglądałam się Pani Forkas. Wówczas na jej twarzy pojawił się grymas. Bardzo zależy mi na tym projekcie. Czuję, że potrzebuję go do otworzenia się i ruszenia dalej, z pewnością siebie i głową podniesioną wysoko do góry. 

Przez chwilę rozmyślam, przyglądając się moim towarzyszom, aż w końcu mówię:

- A gdybyśmy nie wycinali wszystkich drzew - wzrok rozmówców skupia się na mnie - a stworzyli podobny projekt bazujący jednak na podkreśleniu ich potęgi?

Przez chwilę nikt nic nie mówi, a ja w myślach uderzam się w głowę. Przecież ten projekt tworzyli jedni z najlepszych architektów w Stanach, nikt nie będzie brać pod uwagę moich wskazówek. Jestem ledwo po studiach, moje doświadczenie jest znikome, a mam najwięcej do powiedzenia. Kiedy spoglądam na Verdasa właśnie takie słowa widzę w jego oczach. Nerwowo zaciska szczękę i zaczynam przygotowywać się na uszczypliwy komentarz z jego strony, kiedy przerywa nam Włoszka.

- Dokładnie! - wykrzykuje z entuzjazmem - Bardzo dobry pomysł, to jest coś czego w głębi duszy chciałam - kobieta ciepło się do mnie uśmiecha i zwraca  do męża - Kochanie, czy nie myślisz podobnie?

- Oczywiście, sądzę że to jest znacznie lepsze niż te projekty - wskazuje na drewniany stół, na którym rozłożone są obszerne rulony z planami ogrodu. Mimowolnie się uśmiecham, a radość rozgrzewa moje ciało. Zerkam na Noah, który szczerzy się serdecznie i wyciąga umowy. Następnie patrzę na Leona i widzę, że dusi coś w sobie.

- Są państwo pewni? Wysokie i stare drzewa są zagrożeniem podczas burz i wichur, a tutaj takich jest wiele - zaczyna przekonywać do projektu, który pomagał tworzyć - Myślę, że najważniejsze jest bezpieczeństwo.

- Jeśli przez tyle lat nie upadły to wytrzymają kolejne lata w nienaruszonym stanie - odpowiada Włoszka.

Widzę, że mężczyznę aż skręca. Mocno zaciska pięść na długopisie, widzę jak wystają mu kłykcie. No tak, coś w końcu nie poszło po jego myśli. Biorąc też pod uwagę to, że to JA miałam lepszy pomysł i pozyskałam klientów z pewnością sprawia, że gotuje się w środku. Ups.

- Czyli podpisujemy umowę? - wtrąca Noah, a Pan Forkas przytakuje.

Po podpisaniu umowy pijemy razem mrożoną herbatę, dziś już nie mamy żadnych planów, a wieczorem mamy powrotny samolot, co prawdę mówiąc mnie smuci, bo Rzym jest pięknym i klimatycznym miastem. Pomijając niektóre wydarzenia, mogę stwierdzić, że odpoczęłam. Przed nikim, oprócz Verdasa, nie musiałam grać i udawać. 

Pani Forkas to dojrzała kobieta, około 60 lat, jednak dzięki medycynie estetycznej wygląda znacznie młodziej niż powinna. Kształtne usta, jędrne policzki i pełne piersi - z pewnością lubi korzystać z pomocy profesjonalistów. Włoszka proponuje mi spacer po nowym domu, więc z ulgą zostawiamy pochłoniętych rozmową mężczyzn i udajemy się do wnętrza budynku. Jest ono całkowicie wykończone i umeblowane, ogromna przestrzeń zapiera dech w piersiach. Wysłuchuję historii o minionych trudach budowy domu, upałach, które ostatnio nawiedzają Włochy i dzieciach Państwa Forkas.

- Z tego co słyszałam, niedawno ojciec przekazał ci firmę, jak sobie radzisz? - pyta.

- Myślę, że całkiem nieźle. Wszystko jest nowe, ale szybko się uczę i nabieram doświadczenia - mówię na jednym wdechu - Całe życie obserwowałam ojca, więc nie jest to aż takie ciężkie- dodaję. 

- Twój ojciec jest bardzo dobry w swoim fachu, myślę, że możesz być jeszcze lepsza - obdarza mnie uroczym uśmiechem, a ja nie mogę zaprzeczyć, że niesamowicie podbudowuje moją samoocenę.

- Dziękuję Pani bardzo, to dla mnie naprawdę ważne - mówię szczerze i idę za nią do kuchni. Tam zostaję poczęstowana kieliszkiem z pewnością drogiego szampana. 

- Pójdę do męża, ale jeśli chcesz to możesz się jeszcze przejść. Nie mam nic do ukrycia - mówi radośnie. 

- Z chęcią, dom robi wrażenie! 

Przechadzam się obszernym korytarzem na piętrze, słychać uderzenia szpilek o drewnianą podłogę. Moją uwagę przykuwają lekko uchylone drzwi, zza których wydobywa się łuna światła. Niepewnie wchodzę do słonecznego pomieszczenia, którym okazuje się być domowa biblioteczka. Na każdej z ścian znajdują się solidne regały, na których ułożone są setki książek. Robi to na mnie ogromne wrażenie, ale przypomina też o rodzinnym domu, w którym również jest takie pomieszczenie. Na jednej z ścian znajduje się ogromne okno, którym można wyjść na balkon. Rozglądam się wokół i podchodzę do jednej z półek, a uwagę przyciąga jedna z książek. Uśmiecham się do siebie gdy widzę, że jest to jedna z limitowanych edycji "Dumy i uprzedzenia", obita w jasną skórę. W jednej dłoni trzymam kieliszek szampana, drugą zaś wyciągam w kierunku książki. Niestety jest na tyle wysoko, że nawet szpilki i stawanie na palcach nie pomaga. Próbuję jeszcze raz, kiedy nagle z prawej strony dostrzegam sięgającą po nią rękę, jakby osoba stała tuż za mną. Nagle uderza we mnie zapach tytoniu i już wiem kto stoi za moimi plecami. Serce bije mi bardzo szybko z powodu jego obecności, jak i tego, że nagle zjawił się tuż za mną. 

- Podobno autorka jest prekursorką feminizmu - szepcze blisko mojego ucha, a ja zaczynam panikować. 

Serce stoi mi w gardle, a trzymany kieliszek szampana prawie wyślizguje się z moich objęć z powodu spoconych dłoni. Jeszcze przed chwilą wieszał na mnie psy. Powoli obracam się i widzę mojego wspólnika stojącego naprzeciwko z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W ręku trzyma książkę, którą to ja miałam zamiar trzymać. Nie mam chęci z nim rozmawiać, a w dodatku nawet nie wiem o czym. Oddycham miarowo, spoglądam w dół. Leon jest tak blisko, że falbanki mojej sukienki dotykają jego spodni. Głośno przełykam ślinę i zastanawiam się co zrobić, żeby nie wyjść na tchórza. 

Mężczyzna nic nie mówi, bacznie przygląda się okładce mojej ulubionej książki. Następnie jego długie palce zręcznie przerzucają kartki, jakby w parę sekund chciał przeczytać całą. Nie oddala się, ale też nie zbliża. Zachowuje tą samą odległość między nami i kompletnie mu to nie przeszkadza, śmiem twierdzić, że czerpie z tego przyjemność. Jest świadomy, że taka bliskość mi przeszkadza, więc tym bardziej jestem na niego zła. On się bezkarnie mną bawi, sprawdza moją reakcję na jego obecność, z resztą - nie pierwszy raz. 

Spoglądam na jego twarz i w tym samym momencie odrywa wzrok od książki. Nagle powietrze robi się gęste i robi mi się sucho w gardle. To wszystko trwa kilka sekund, jednak dla mnie jest to wieczność. Oboje milczymy, przyglądamy się swoim twarzom, lustrujemy się na wylot. Muszę przyznać, że jest w nim coś interesującego, coś co sprawia, że w tym momencie nie czuję się aż tak bardzo nieswojo. Ale jednak, ta bliskość, oddechy które się mieszają - to dla mnie za wiele. 

- Proszę, odsuń się - szepczę wpatrzona w zielone oczy. 

- Ostatnio bardzo często to powtarzasz - komentuje bez wyrazu. 

- Najwidoczniej twoje działania zmuszają mnie do tego - nie wiem dlaczego wciąż szepczę, jakbym chciała zachować to tylko dla nas.

Po chwili odsuwa się ode mnie, a zamiast papierosów i mięty znów czuję zapach starych książek. Odchodzę od regału i zmierzam w stronę szklanych drzwi prowadzących na balkon, które na szczęście są otwarte i dostarczają mi dawkę świeżego powietrza. Ostatecznie wychodzę na niewielki, ale jakże urokliwy balkon z widokiem na morze. Opieram się o barierkę i spoglądam przed siebie. Przypominając sobie o obecności kieliszka w ręku, przykładam go do drżących ust, aby skosztować alkoholu. 

- Nieładnie jest się tak skradać po cudzym domu - głos Leona dobiega zza moich pleców i nim się oglądam a zielonooki stoi obok mnie, tym razem jednak zachowując dystans. 

- Nie skradam się, Pani Forkas zaproponowała, żebym sama obejrzała dom - rzucam nie patrząc na niego. Następuję chwila ciszy, którą niestety przerywa swoim dźwięcznym głosem.

- Włochy są piękne - przerywa, jednak za chwilę kontynuuje - Robiłem staż w Rzymie, dlatego znam to miejsce i niektórych ludzi.

Marszczę brwi zadziwiona jego wyznaniem. Dlaczego mi to mówi? Próbuje mnie zagadać a potem znowu rzucić chamskim tekstem?

- Rzeczywiście są piękne, jestem tu pierwszy raz - spoglądam zdezorientowana na Leona - Dlaczego akurat Rzym?

- Mam tutaj daleką rodzinę, więc było to całkiem logiczne i bezpieczne wyjście. Poza tym, staż w Europie bardzo dobrze wygląda w CV - obraca się w moją stronę i patrzy w oczy. Zaczynam się czuć dziwnie dobrze, a co najgorsze zaczynam zapominać o tym, co wczoraj powiedział. Jego wyznanie pozostawiam bez komentarza, oboje wpatrujemy się w krajobraz przed nami. Jednak kiedy zerkam na niego widzę, że patrzy prosto na mnie, co sprawia, że prostuję się i mrugam nerwowo.

- Dobrze ci dzisiaj poszło - mówi po chwili zamyślenia, jednak kiedy nie odpowiadam, dodaje - Mimo, że odrzucono projekt, nad którym długo pracowałem, gratuluję - Odwracam się w jego kierunku całkowicie zdziwiona.

- Dzięki, usłyszeć coś takiego z twoich ust to zaszczyt. Nie wszystko trzeba zmieniać i wyrzucać żeby zadowolić człowieka - przyznaję, na co on prycha.

- Nie do końca się zgadzam, ale tym razem ci się udało - patrzy się to w moje oczy, to na usta. Stresuję się, bo nie wiem co myśli i jaki ma w tym wszystkim cel - Udowodniłaś, że może jednak nie jesteś takim złym wyborem - Oczywiście musiał to dodać. 

- Nikomu niczego nie muszę udowadniać - podnoszę głos i wbijam wzrok w jego zielone oczy, gdybym nim zabijała, z pewnością już by nie żył - W szczególności tobie.

Mężczyzna unosi kącik ust, jakby się uśmiechał, a może jest to grymas - nie wiem. Po chwili jego wzrok pada na mój kieliszek. Nagle zaczyna podchodzić do mnie, a ja mam się na baczności. Gdy jest już blisko mnie, tak że książka którą trzymał 5 min temu nie zmieściłaby się, wyciąga rękę i zabiera mi kieliszek. Zdezorientowana spoglądam na jego poczynania. Potem unosi go i patrząc mi w oczy przykłada do swoich ust i bierze duży łyk, tak że nic już nie zostaje. Z wyrzutem patrzę na niego, to było dziwne. 

- Całkiem niezły - rzuca i wraca do pokoju. 

Idę za nim, widzę jego umięśnione plecy schowane pod białą koszulą, która lekko się pogniotła podczas jazdy samochodem. Mężczyzna odstawia kieliszek na niewielki stolik stojący na środku biblioteczki i odwraca się nonszalancko w moją stronę.

- Jeśli chodzi o wczoraj - zaczyna, a ja wiem, że nie chcę tego słuchać.

- Nie chcę o tym rozmawiać - dukam, z bijącym szybciej sercem. Przed oczami pojawiają mi się wspomnienia z wczorajszego wieczoru, kiedy dosadnie przekazał mi iż jestem nieodpowiedzialna i głupia, co po części jest prawdą, ale nie ma prawa mnie tak nazywać.

- Violetto - mówi spokojnie i patrzy głęboko w moje oczy - Przepraszam, to było nieodpowiednie. Po prostu wiem jakie jest to miasto i co może się stać, jeśli jest się samemu w złym miejscu i czasie.

- Mogłeś przekazać to co o mnie uważasz w trochę milszy sposób - rzucam szybko i udaję się w kierunku drzwi, mijając go. 

On jednak łapie mnie za nadgarstek, ten sam co wtedy, gdy chciałam go uderzyć. Zalewa mnie zimny pot, tak jak zawsze, zaczyna mi być niedobrze, ślina staje się gęstsza. Zatrzymuję się i patrzę na miejsce, którym stykają się nasze ciała. W mgnieniu oka Leon puszcza swój ucisk.

- Przepraszam, nie chciałem tak mocno - zaczyna się tłumaczyć, a dla mnie jest już za wiele przeżyć jak na jedną godzinę. Smutno patrzę mu w oczy, pocierając lekko obolały nadgarstek chłodną dłonią. 

- Muszę iść. 


Powrót do Stanów mija w przyjemnej ciszy. W powietrzu czuć średnią atmosferę, jednak nie mam ochoty się tym przejmować. Na lotnisku, ku mojemu zdziwieniu zastaję ojca. Z wielkim uśmiechem podchodzę do niego i czule przytulam. 

- Co ty tu robisz? - pytam, kiedy odsuwam się od niego.

- Dobry wieczór - witają się jednocześnie moi towarzysze podróży.

- Dobry wieczór - odpowiada im i patrzy na mnie - Postanowiłem odebrać moją córkę z lotniska i przy okazji zaprosić was na kolację. Na pewno jesteście zmęczeni i głodni, a w lodówkach pustki - cały tata, nasz dom był zawsze pełny ludzi. Często odbywały się różne bankiety i kolacje biznesowe.

- Z wielką chęcią - wyrywa się Noah. Można było się spodziewać, że mój przyjaciel nie odmówi wyżerki.

- A Ty Leonie? 

- Ja podziękuję - odpowiada i nie wiem dlaczego, ale czuję, że to z mojego powodu odmawia ojcu. Będąc szczerą, bardzo mi to pasuje. Chciałabym zjeść kolację w spokoju, wśród bliskich, nie myśląc o tym, czy poprawnie się wypowiadam i zachowuję. 

- Nie daj się prosić - ojciec nalega, a ja przewracam oczami. Co na moje nieszczęście dostrzega Verdas.

- Nie wiem czy pańska córka będzie czuła się dobrze w moim towarzystwie - mówi po chwili, przekomarzając się. 

- Violu? - zerka na mnie ojciec.

- Myślę, że - chcę powiedzieć, że mam dużo przeciwko jego obecności, ale z drugiej strony nie chcę mieszać do tego rodziców - jakoś wytrzymam. 

- Wspaniale! 


Po 30 minutach dość szybkiej jazdy zatrzymujemy się pod moim domem rodzinnym. Podczas drogi, jak i w domu często czuję wzrok Verdasa na sobie, jednak nie mam sił, żeby coś z tym zrobić.

- Może pokażesz mi swój pokój? - pyta przy stole rozweselony wcześniej pitym alkoholem Noah.

- Z chęcią, chodźmy - odpowiadam i wstaję od stołu. 

Mężczyzna idzie za mną, nucąc jakąś melodię, co wygląda całkiem komicznie. Gdy znajdujemy się pod drzwiami mojego pokoju sprawdzam, czy aby przypadkiem nikt nie idzie za nami. Kiedy nikogo nie znajduję otwieram drzwi i ruchem ręki zapraszam Noah do środka. 

Wszystko jest w kolorach bieli i pudrowego różu. Tak, różowy był kiedyś moim ulubionym kolorem, więc większość rzeczy jest właśnie różowe. Przyjaciel na widok małych maskotek wydaje z siebie dźwięk rozczulenia, na co się śmieje i uderzam go delikatnie w ramię. 

- To mała ty? - pyta, wskazując na zdjęcie stojące na szafce nocnej.

- Tak, to ja i moja babcia - odpowiadam - Zmarła w tamtym roku, była moją ukochaną osobą na tej ziemi - smutno się uśmiecham, a Noah delikatnie kładzie rękę na moich barkach w geście wsparcia.

To prawda, babcia była moją najlepszą przyjaciółką, osobą która wiedziała o mnie wszystko, prawie wszystko. Bardzo chciałam opowiedzieć jej o wydarzeniach z Londynu, jednak wiedziałam, że jest na tyle słaba, że jej stan może się tylko pogorszyć. Odeszła dzień po swoich 90 urodzinach.

Przez kolejne 30 minut oglądamy moje stare ubrania, zabawki, zdjęcia i śmiejemy się. Cieszę się, że go mam. Tak po prostu. Noah spadł mi z nieba i jestem za to ogromnie wdzięczna. 

- Fajnie tu u Was - mruczy, kiedy oboje leżymy na łóżku i patrzymy w nicość.

- Wiem, uwielbiam tu być.

- To dlaczego jesteś tak rzadko? 

- Ciężko jest udawać przed najbliższymi, że wszystko jest dobrze - szepczę, nawet nie wiem dlaczego. Noah obdarowuje mnie smutnym uśmiechem i łapie za rękę. Skąd w nim tyle dobroci i ciepła?

Niedługo potem podnoszę się z łóżka i widzę, że mój kompan zasnął. Wychodzę więc po cichu z sypialni i schodzę na dół. Przy stole wciąż toczą się rozmowy o biznesie między tata a Leonem. Biorę głęboki wdech i siadam obok mamy, na przeciwko Verdasa. Kobieta czule spogląda na mnie i zakłada niesforny kosmyk za ucho. Przez chwilę mogę poczuć się jak dziecko.

- Wszystko dobrze córeczko? - pyta cicho, by nie zgłuszyć rozmowy mężczyzn. Czuję jednak, że słuchający wypowiedzi taty Verdas przysłuchuje się też naszej rozmowie.

- Tak mamo, wszystko jest dobrze - mówię uspokajająco i kładę głowę na jej ramieniu - Jestem po prostu zmęczona.

- Może nocuj dziś u nas? - proponuje, a moje serce zabiło szybciej ze szczęścia.

- To jest coś, czego potrzebuję - przymykam powieki i oddycham głęboko.

Zapach w moim rodzinnym domu od lat jest taki sam. Woń wanilii połączona z zapachem świeżego drewna, które suszy się przy kominku. Na samą myśl mam uśmiech na twarzy i wszystkie problemy jakby rozmywają się.

Po dwóch godzinach słuchania zawziętej rozmowy Leona i taty postanawiam się położyć. Wstaję od stołu i żegnam się z ojcem buziakiem w policzek. Biorę gorący prysznic i zmywam z siebie wszystkie dzisiejsze emocje. Ciało wycieram przyjemnie miękkim ręcznikiem, ubieram się w piżamę i wychodzę. Ku mojemu zdziwieniu w domu jest już ciemno, co oznacza, że Verdas pojechał już do siebie, a reszta poszła spać. Swobodnie przechadzam się po domu otulonym mrokiem. Jedynym źródłem światła jest tlący się kominek na parterze oraz światło dochodzące z sypialni dla gości. Zaintrygowana zmierzam w tym kierunku, drzwi nie są do końca zamknięte i przez niewielką szparę jestem w stanie dostrzec, co dzieje się w pokoju.

Szeroko wytrzeszczam oczy, kiedy widzę zdejmującego koszulę Leona. Stoję jak zahipnotyzowana widząc jego pięknie wyrzeźbione ciało. Po zdjęciu koszuli mężczyzna kilkukrotnie przeczesuje włosy i muszę przyznać, że fizycznie - Leon jest w moim typie. Nie szukam nikogo, sądzę że dopiero kiedy nie szukasz drugiej połówki, ona nieoczekiwanie się pojawia. Poza tym, wygląd to nie wszystko. Co z tego, że Leon wygląda jak z okładki magazynu GQ, jeśli jest tak złą osobą. Dziwię się ojcu, że wybrał go jako swojego współpracownika.

Czuję wypieki na policzkach i źle mi z tym, ponieważ nie umiem oderwać wzroku od mężczyzny. Przyglądam się, gdy stojąc bez koszulki, w samych spodniach od garnituru przegląda coś w telefonie. Ostatecznie otrząsam się i wracam do łazienki. Cicho zamykam drzwi i spłukuję twarz zimną wodą, z nadzieją że otrzeźwi moje myślenie oraz zneutralizuje rumieńce. 

Dlaczego myślę w ten sposób? Co prawda, jestem tylko człowiekiem i to normalne, że pociąga mnie do innych osób, w tym przypadku mężczyzn. Jednak to, jaki jest i jak się wobec mnie zachowuje powinno skutecznie odstraszać myśli, które przed chwilą się pojawiały. Poza tym - dlaczego został na noc? Odpowiedź jest prosta - ojciec nalegał.

Widząc w lustrze, że zimna woda nie zneutralizowała zarumienienia, postanawiam udać się na taras, chłodny, wieczorny wiatr z pewnością mnie ostudzi. Tak też robię - po cichu, w jedwabnej białej piżamie ruszam na dół, a następnie jednym ruchem otwieram masywne szklane drzwi. Stąpam boso po cholernie zimnej podłodze i czuję jak po całym moim ciele przechodzi dreszcz. Zerkam na ręce i widzę gęsią skórkę, otulam się więc własnymi ramionami. Podchodzę do barierki i opieram się o nią biodrem, czuję jak chłód łagodzi upał moich policzków. No cóż, jestem tylko człowiekiem..

- Dlaczego nie śpisz? - ten głęboki głos poznam wszędzie. Jednak mimowolnie podskakuję przestraszona. Mam na sobie jedynie skromną piżamę, przez którą z pewnością prześwitują obkurczone od zimna sutki. Trzeba było wziąć szlafrok.. Jeszcze mocniej okrywam się własnymi ramionami, by zakryć piersi. Jedynym źródłem światła jest księżyc, którego jasność pozwala na całkiem dobre orientowanie się w przestrzeni. 

- Dlaczego tu jesteś? Co ty robisz? - pytam nie obracając się do tyłu. Wiem, że stoi za mną, całkiem niedaleko.

Słyszę dźwięk zapalniczki i już nam odpowiedź na moje pytanie. Nie lubię, kiedy ktoś pali w moim towarzystwie. W moim domu nigdy nie było palaczy, może mój brat w okresie buntu, ale było to sporadyczne. Mój epizod z paleniem kończył się na imprezach w liceum. Obserwując codziennie Leona widzę, że palenie jest jego nałogiem, nieodłączną częścią jego dnia, może i każdej godziny. Po chwili słyszę jak oddycha głośno i miarowo, co oznacza, że zaczął palić. Nim się oglądam, dym z papierosa owiewa moje nozdrza. 

- Wyszedłem się przewietrzyć - mówi, gdy pojawia się dwa kroki ode mnie, tuż obok - Twój ojciec zaproponował mi nocleg. Kilka razy nocowałem tu po długich rozmowach, kiedy firma miała problemy. Jednak nigdy cię tu nie spotkałem. 

Odwracam głowę w jego stronę i dzięki światłu księżyca dostrzegam jego nagi, umięśniony tors. Verdas stoi tak blisko mnie w samych spodniach dresowych, dodatkowo nisko opuszczonych na biodrach. Między palcami lewej dłoni trzyma papierosa, muszę przyznać, że ten widok jest bardzo pociągający. Ale jest też krępujący, co sprawia, że pośpiesznie zamykam oczy i odwracam głowę.

Kiedy ponownie je otwieram Leon siedzi już na murku, z nogami opuszczonymi na miękką trawę. Przez chwilę biję się z myślami, ostatecznie jednak zajmuję miejsce obok niego, w całkiem niewielkiej odległości.

- Da się przewietrzyć paląc? - komentuję kąśliwie wskazując na papierosa. Na moją uwagę cicho prycha i odwraca twarz w moim kierunku.

- Powiedzmy, że jest to inna forma wietrzenia - zerka na mnie spod swoich długich i gęstych rzęs - Chcesz? - dodaje po kolejnym zaciągnięciu się i kieruje papieros w moją stronę. 

- Nie, dzięki.

- Nie wiesz, co tracisz.

- Zyskuję dodatkowe minuty życia - nie wiem skąd we mnie tyle odwagi na takie komentarze, może jestem zbyt zmęczona, żeby myśleć o odpowiednim słownictwie. 

- Może właśnie o to chodzi - mruczy cicho i dam sobie uciąć rękę, że w jego głosie słyszalny jest smutek. 

Zdezorientowana słowami wspólnika, badam jego twarz. Kilka zmarszczek wokół oczu i na czole, których wcześniej nie miałam okazji zobaczyć sprawiają, że wydaje się być bardziej ludzki. Ciekawe dlaczego to powiedział. Wnioskuję, że nie tylko moje życie nie jest usłane różami, ale jego słowa są dość wymowne. Nie patrzy już na mnie, jego wzrok skierowany jest przed siebie, w ciemność.

- Dziś pełnia - ruchem głowy wskazuje potężny i jasny księżyc.

- Czyli będzie ciężko zasnąć - komentuje bardziej do siebie niż do niego. 

To prawda, pełnia negatywnie wpływa na mój sen. Zaśnięcie równa się z dwugodzinnym rzucaniem się po łóżku. Nagle przypominają mi się samotne noce w Londynie, zaraz po wydarzeniach,  o których chciałabym zapomnieć. Wtedy nie potrzebowałam pełni, by mieć trudności ze snem. Chcąc odpędzić wspomnienia skupiam wzrok na papierosie i wyciągam po niego rękę. 

- Mogę? - mówię i kątem oka widzę zdezorientowana twarz wspólnika.

 Jego usta wykrzywiają się w coś podobnego do uśmiechu. Rozumiem to jako pozwolenie i pewnie biorę papieros w palce, tym samym lekko muskając ciepłe dłonie mężczyzny. Obserwuje on drogę przedmiotu aż do moich ust, a samą czynność zaciągania się podziwia z szokiem wypisanym na twarzy. Widząc to wszystko pośpiesznie wypuszczam tytoniowy dym z płuc. 

- No nieźle - komentuje z rozbawieniem na twarzy. Jego oczy wyglądają inaczej niż 2 minuty temu, są jaśniejsze, bardziej przyjazne. 

- To nie jest mój pierwszy papieros w życiu - ponownie przykładam przedmiot do ust i zaciągam się. Przyznaję, daje to jakieś ukojenie. 

- Jestem pod wrażeniem, nie masz najmniejszej duszności - wnikliwie patrzy na moje usta i pojawiający się w nich co kilka sekund papieros. Robi się coraz dziwniej...

- W młodości zdarzało mi się zapalić - przewracam oczami i mimowolnie na twarzy pojawia mi się uśmiech.

- Młodości? Rozumiem, że teraz uważasz się za starą - prycha - Ile masz lat? 21? - nie wiem czy mówi poważnie. 

- 25 - odpowiadam niepewnie.

- No właśnie, o starości pogadamy jak będziesz w moim wieku - rzuca i trochę brutalniej niż ja, zabiera mi papieros z dłoni. Znów się zaciąga, jednak tym razem patrzy mi w oczy i ok, to jest mocne.

- A Ty? - pytam po chwili milczenia.

- A na ile wyglądam? - nie spuszcza mnie z oczu.

- 28 - rzucam, chociaż tak naprawdę myślę, że jest znacznie młodszy.

- 29.

- Pomyliłam się tylko o rok - zaznaczam i ciepło się uśmiecham. 

Następuje cisza. Żadne z nas się nie odzywa, ale  z jakiegoś powodu patrzymy sobie w oczy. Jego spojrzenie jest bardzo przyciągające, obezwładnia mnie do szczytu możliwości. Jednocześnie jestem tym przestraszona, ale też tak bardzo nie chcę, by przestał. Nasze spojrzenia odrywają się od siebie dopiero gdy gasi ledwie tlący się przedmiot. Odkłada pet na zimną podłogę i jestem pewna, że nie zapomni go wziąć ze sobą. Jest pedantem. 

- Zachowujesz się inaczej - stwierdza po chwili.

- Co masz na myśli? - pytam, mimo, że wiem o co mu chodzi. Wzdycha ciężko.

- Jesteś spokojniejsza, nie spinasz się już przy mnie - mówiąc to patrzy na księżyc, a ja mogę przyglądać się jego twarzy z profilu. 

- Kwestia ilości wspólnie spędzonego czasu - chcę go jakoś zbyć, temat robi się niewygodny. 

 - Chciałbym dowiedzieć się, co ukrywasz.

- Nie rób tego - mówię cicho, ślina robi się coraz gęstsza, a serce przyspiesza swoją pracę. A było tak zwyczajnie...

- Czego? - ponownie zwraca się do mnie twarzą, widzę jak marszczy brwi.

- Nie brnij w to, w co nie chcą żebyś brnął - z pewnością chłód w moim głosie jest wyczuwalny.

Mam wrażenie, że toczymy pewnego rodzaju wojnę na spojrzenia. Bez przerwy wpatrujemy się w siebie. Mężczyzna głośno wzdycha i mówi:

- Ciężko mi się z tobą pracuje - odrywa wzrok od moich oczu, żeby rozejrzeć się po ogrodzie - Nie umiem zrozumieć wielu twoich zachowań, boisz się mnie.

- Czasem dajesz mi do tego powody - staram się opanować głos, patrzę na swoje chude dłonie - urządzasz jakieś dziwne próby, testowanie mnie w różnych sytuacjach. To nic nie wnosi, nic ci nie da.

- Violetto. Próbuję cię rozgryźć - jego głos też zaczyna być nerwowy. Czuję, że ta rozmowa musi się skończyć.

- Więc przestań - warczę, mimo, że nie miałam tego w planach. 

Podnoszę się na równe nogi i otrzepuję z pośladków drobne cząstki kurzu. Ku mojemu zdziwieniu Leon również wstaje. Staram się na niego nie patrzeć, co jest ciężkie bo czuję jego palący wzrok na sobie. Wieje chłodny wiatr, jednak teraz jest mi to bardzo potrzebne do uspokojenia nerwów. 

- Porozmawiajmy.

- Nie wiem czy chcę rozmawiać z osobą, która - biorę głęboki wdech. Zbieram w sobie resztki sił i patrzę mu w oczy. On też na mnie patrzy. 

- Która? 

- Która myśli, że jestem nieodpowiednią osobą na to stanowisko. Właśnie od tego wszystko się zaczęło. Więc nie dziw się, że nie potrafię się otworzyć. Ba! Ja nawet nie potrafię swobodnie przebywać w twoim towarzystwie - mój krótki monolog wydaje się nie robić na Verdasie dużego znaczenia. Milczy, więc przewracam oczami i biorę parę głębokich wdechów.

- To, że tak myślę, nie powinno mieć wpływu na twoje zachowanie - podnosi głos.

- Ale ma! Widzisz, nawet nie zaprzeczasz - kręcę głową z niedowierzania. 

- Ja - zaczyna - Po prostu jesteś bardzo młoda, nie masz doświadczenia. Ta firma jest dla mnie całym życiem i nie chciałbym, aby rozpadła się przez złe decyzje osoby zarządzającej.

- Nawet mnie nie poznałeś, a już zdążyłeś wyrobić opinię - zaczynam iść do tyłu, w kierunku drzwi. Ta rozmowa wydaje się być bezsensowna.

On jednak nie odpuszcza i zbliża się do mnie, idąc w moim kierunku. Jego wzrok z mojej twarzy zjeżdża w dół, na chwilę się zatrzymuje i ponownie wraca do oczu. Wiem, że patrzył na moje sterczące od zimna sutki, a ja ponownie przeklinam się za to, że nie wzięłam żadnego okrycia. Jednak chcąc wyjść z twarzą udaję, że nie wiem gdzie zbiegł przed chwilą jego wzrok i trzymam ręce wzdłuż ciała. Ostatecznie zatrzymuje się bardzo blisko mnie, nic nie mówi. Jego naga klatka piersiowa dotyka moich sutków, powietrze robi się coraz cięższe. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie nie boję się go, może nie znamy się zbyt dobrze, ale jest w nim coś, co sprawia, że wiem iż nie zrobi mi krzywdy. 

Z każdej strony otacza nas cisza, słychać tylko dźwięk liści kołyszących się na dość silnym wietrze. Wiem, że właśnie oblewam się rumieńcem. Nie jestem przyzwyczajona do takiej bliskości z mężczyzną. Oboje ciężko oddychamy, jednak żadne z nas nie odsuwa się. Dlaczego? Czy to kolejna próba przygotowana przez Verdasa?

Moje oczy podróżują między jego oczami a innymi elementami twarzy. Znów jesteśmy bardzo blisko. Widzę bliznę na łuku brwiowym, która dawno zdążyła się rozjaśnić, lekki zarost, którego jutro rano już nie będzie. Widzę też pełne, malinowe  usta, które nagle zwilża językiem. Dlaczego chciałabym sprawdzić jak smakują? Szybko mrugam powiekami, to reakcja mojego organizmu na sytuacje stresowe. Moje ciało stoi jak wryte i nie ma sił ani chęci się ruszyć. Ale dlaczego on też to robi? W mojej głowie pojawiają się coraz nowsze pytania. Z każdym głębokim oddechem ocieram piersiami o jego tors, ta bliskość jest przytłaczająca, ale tak bardzo magnetyzująca. 

- Musi być Ci zimno - mówi cicho. 

Jego oddech, który z pewnością tak jak mój, pachnie papierosami i nigdy wcześniej ten zapach tak bardzo mi się nie podobał.. Głośno połykam ślinę i zastanawiam się nad odpowiedzią. Na sekundę otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło mi języka w gardle, a więc ponownie je zamykam. Leon nie jest mi dłużny, dokładnie ogląda moją twarz, jestem ciekawa jakie ma spostrzeżenia, co myśli. Tego jednak z pewnością się nigdy nie dowiem. Nerwowo przygryzam wargę, a potem z impetem puszczam ją z między zębów. W tym momencie Verdas bierze jeszcze głębszy wdech. Co ja wyprawiam.. 

- Jest - dukam cicho, trzepocząc rzęsami. 

Wyczuwalne napięcie doprowadza mnie do szału. Nie wiem dlaczego ale, chciałabym, aby był jeszcze bliżej mnie. Czy można to już nazwać hipokryzją? Z jednej strony boję się bliskości ze strony mężczyzn, z drugiej zaś łaknę jej ze strony Leona. 

- Myślałem, że się mnie boisz - nachyla się nad moje ucho, by to powiedzieć. Potem znów się prostuje, aby zatopić się w moich oczach. 

Zaczynam się powoli odsuwać, ale on idzie krok w krok za mną. Bliskość między naszymi ciałami nie maleje, czasem nawet zwiększa się. Nagle czuję, że uderzam o coś za sobą, coś zimnego na całej długości dotyka moje plecy i uda. Na chwilę odwracam wzrok, by sprawdzić gdzie jestem. Stoję pod ścianą, a Leon jest tuż przy mojej twarzy. Nie czuję nacisku z jego strony, jednak oddychając nasze piersi się zderzają. Kosmyk włosów opada mi na twarz, więc szybko unoszę rękę, by go założyć za ucho. Nieumyślnie, ręka w drodze powrotnej ociera się o nagą klatkę piersiową mężczyzny. Jego skóra wręcz parzyła moja chłodne palce. Skąd we mnie tyle odwagi?

- Ja też tak myślałam - mówię szczerze, po długiej, ale przyjemnej ciszy.


♥

wtorek, 1 maja 2018

Puk puk?

Hej Wam! 
Moi Kochani, czy ktoś tutaj jeszcze jest? Wybaczcie za zniknięcie, ale za 3 dni mam maturę, więc mój czas ograniczył się do zera.

Zastanawiam się, czy kiedy już będę miała dużo czasu, po maturze, jest sens wracać do mojego bloga z nowymi pomysłami, świeżością itd.
Zostawcie po sobie jakiś znak, komentarz. Chcę wiedzieć ile Was tutaj jest gdyż po statystykach widzę, że jest komu pisać :)
Czekam na Was
Do zobaczenia po maturze
Trzymajcie kciuki 


poniedziałek, 5 grudnia 2016

One Shot ~ zapowiedź

Witaj, Kochanie
Tak, to znowu ja. Chciałbym zapytać, jak się czujesz, czy wszystko u Ciebie w porządku. Jednak to pytanie zadaje od 5 lat i wciąż nie otrzymuje od Ciebie żadnej odpowiedzi. Więc może przestanę pytać... 
Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze i że o mnie pamiętasz. Jednak ja, pisząc ten e-mail mam łzy w oczach, ponieważ obraz Twojej osoby w mojej głowie zaczyna się rozmazywać. Zapominam o Tobie, a to mnie przeraża. Emmo, tak bardzo się boję.
Nie wiem gdzie teraz jesteś. Mam nadzieję, że w bezpiecznym i ciepłym miejscu, bo proszę, wyjrzyj przez okno. Pada deszcz, wiatr trąca ledwo trzymające się na drzewach liście. Nadeszła jesień, której tak bardzo nie lubisz. Świat traci barwy. Jesień to idealne określenie mnie, człowieka samotnego, jednak wciąż szukającego.To tak jakby cały świat płakał deszczem razem ze mną, nie sądzisz? 

Kochanie, tęsknię
Leon




Hej Wam! Pojawiam się i udostępniam początek nowego OS :) 
Mam  nadzieję, że się Wam spodoba i będziecie czekać na ciąg dalszy. 
Dajcie znać, czy ktoś z Was jeszcze tu jest 
Kocham
Violetta Vilu
 ♥

piątek, 23 września 2016

Hej?




Nawet nie wiem, jak mam się przywitać. Rozpoczynam pisanie tego posta chyba 9 raz i wciąż tego nie wiem. Cześć - może być? Mam nadzieję, że tak. Kolejna rzecz, której nie wiem, to ciąg dalszy tego jakże żałosnego posta. 
Od pewnego czasu nie pojawiały się żadne rozdziały. Nie byłam też aktywna na Waszych blogach, za co przepraszam. Nie wynikało to z barku weny. Takową posiadam i bardzo chciałabym się dzielić pomysłami. To cudowne uczucie, kiedy wiesz, że Twoje historie komuś się podobają. Jest to bardzo przyjemne. Ja wciąż odczuwam tą przyjemność. Jednak życie nie jest bajką i wszystko się zawsze komplikuje. Tak jak Wy, od września poszłam do szkoły. Wiedziałam, że ten rok będzie najgorszym w historii, jednak stwierdzam, że jest jeszcze gorzej. Oczywiście jeśli chodzi o naukę :) Nie powiem, że jest łatwo, bo nie jest. Od zawsze byłam pewna, że jestem silna psychicznie. Moje przekonanie zmieniło się już w pierwszych dniach września. Szkoła to jedno. Doszło wiele innych problemów prywatnych, o których nie będę tu pisać, bo to bez sensu. 
Więc ogólnie rzecz biorąc, wszystko kumuluje się w jedną całość i mnie niszczy. Wiele rzeczy dzieje się za szybko. Myślę, że stwierdzenie iż mam lekką (a może i nie lekką) depresję, jest odpowiednim stwierdzeniem. Nie chcę, żebyście myśleli, że się nad sobą użalam. Ja po prostu chcę Wam przedstawić aktualną sytuację. 
Nawet jeśli chciałabym napisać rozdział, to po prostu nie mam czasu. A jak już znajdę wolną chwilę podczas tygodnia, staram się spędzić ją w gronie najbliższych mi osób lub po prostu, po ludzku wyjść z domu bądź poleżeć, nie mając z tyłu głowy problemów, pytań bez odpowiedzi lub tego, ile kartek muszę wykuć na następny dzień. 

Nie dawno minął rok, od kiedy napisałam pierwszego posta. To coś wielkiego, przynajmniej dla mnie. Podczas tego okresu wiele się działo. Poznałam wiele osób, rozwijałam się i robiłam to, co lubię. Nie spodziewałam się aż tylu czytelników. Za każdym razem, kiedy o tym myślę, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. To piękna sprawa i namawiam każdego, kto o tym myśli do realizacji. 
Dziękuję za obecność, wsparcie, pochwały i wszystko inne. Dziękuję za niesamowite przyjęcie do tej wielkiej Rodziny ♥  
Przepraszam, jeśli uraziłam lub powiedziałam coś nie tak. Jestem tylko człowiekiem. 
W życiu trzeba próbować wielu rzeczy. Ja mam kolejną do wykreślenia z listy :) 
Więc całym serduchem dziękuję za ten rok pełen radości. Jesteście niesamowici! Taki zwykły komentarz bardzo dowartościowuje, dlatego za nie również dziękuję. Mam wiele do napisania, ale nie umiem tego ubrać w słowa. 
W związku z powyższym opisem sytuacji, chcę Was poinformować iż odchodzę. Nie na zawsze... Chyba. Muszę odpocząć, zająć się życiem i teraźniejszością. Możliwe, że tu wrócę, napiszę coś. Tak jak mówiłam, mam wiele pomysłów w głowie, które chciałabym zrealizować. Jednak chęci to czasem zbyt mało...
Chcę też powiedzieć, że nie umieram i jeśli ktoś chce do mnie napisać, to jestem  ;) Jestem i będę, a jak nie będę, to wcześniej Wam o tym powiem. Czasem warto opowiedzieć o czymś komuś, kogo się praktycznie nie zna. Tak jest po prostu łatwiej :)

Chyba dobiegamy do końca tego wywodu Oli :) Mam nadzieję, że to nie jest koniec naszej relacji, a początek. 



Pragnę Wam jeszcze raz podziękować za wszystko. Przyznam szczerze, że ten rok bardzo mnie zmienił i na pewno jest w tym trochę Waszej zasługi. Waszej i bloga. Sądzę, że można to nazwać rodzajem terapii. Dlatego każdemu serdecznie polecam rozpocząć tą piękną historię, a przynajmniej spróbować. Na prawdę warto. A jeśli nie wyjdzie, nie przejmujcie się. Wiem, że jest tu kilka osób, które chciałyby zacząć pisać. Nie pozostaje Wam nic innego jak to zrobić! Zajmijcie moje miejsce! Rozwijajcie się i spełniajcie marzenia. Dowartościujcie się! Życie jest piękne, więc dlaczego z niego nie korzystać? 
Jeśli piszecie coś na kartce papieru, przelejcie to na klawisze. Początki będą trudne, ale wierzę w Was i Wasze możliwości :D
Chcę jeszcze powiedzieć, że czekam na Wasze książki. Z ręką na sercu stwierdzam, że są tu osoby o niespotykanym talencie. Jak już się Wam uda, dajcie znać. Z chęcią przeczytam :) 
Więc bierzcie z życia ile wlezie. Bijcie się o swoje i uciekajcie ze zdobyczą xD Nie oszczędzajcie w uśmiechu, bo to najlepsze lekarstwo. Oczywiście zaraz po rozmowie. To jest klucz do pełni szczęścia. Kochajcie siebie i innych. A przede wszystkim doceniajcie to, co macie. Dążcie do celu, spełniajcie marzenia i bądźcie sobą. Radzę wprowadzić też do życia odrobinę spontaniczności. Róbcie to, co mówi serce. Po prostu - żyjcie!

Dziękuje za ten piękny okres
Do zobaczenia
Ola
♥

sobota, 20 sierpnia 2016

.09.





Zaufać mu?
Jeszcze raz patrzę w jego idealne oczy. Delikatnie je mruży i patrzy na mnie wyczekująco. Nie mam już sił się wyrywać, walczyć, więc opuszczam ręce na znak poddania się. Nie ufam mu, jednak mam nadzieję. To ona zawsze trzymała mnie przy życiu. W najgorszych chwilach ona była ze mną, a ja z nią. Nadzieja. Tylko ona mi pozostała. 
Jego dłonie zjeżdżają z mojej talii i przypadkowo muskają pośladki. Wciągam głośno powietrze i zamykam oczy. Czyżby nadzieja mnie opuszczała? Mam dość. Jednak jeśli z nim nie pójdę i nie spróbuję, skończy się to tragedią. 
Kiwam lekko głową i spuszczam wzrok na buty. Nagle wydają się być czymś szalenie ciekawym. Czuję jak mnie dotyka. Jeden palec, drugi, trzeci... Trzyma mnie za rękę. Nie wiem już czy drżę w środku, czy na zewnątrz. Jego dłoń jest o wiele większa od mojej. Jest też ciepła, co sprawia, że moja, zimna się w nią wtula. To wszystko dzieje się kilka sekund, dla mnie, kilka godzin. 
- Za 10 minut wracamy - ogłasza Leon, a ja po raz kolejny zadaję sobie pytanie.
Czy on chce mi pomóc?
- Damy ci 15 minut. Pobaw się dłużej - śmieją się gardłowo, dlatego mocniej ściskam dłoń Verdasa. W nim jest moja nadzieja. On jest jej uosobieniem. 
Czuję jak mnie ciągnie za sobą. Idzie szybko, nic przy tym nie mówiąc. Nawet na mnie nie patrzy. Coraz bardziej się boję. Mocniej zaciska moją dłoń, więc z mych ust wydobywa się pisk. Wtedy odwraca twarz w moją stronę i lustruje mnie.
- To boli - szepczę, wskazując na splecione dłonie. Czuję jakby kończyna była odłączona od reszty ciała. Jednak jest to pewnie reakcja mojej chorej psychiki. Nie rozluźnia uścisku. Odwraca się i idzie dalej. Ciągnę się za nim, jak niewolnica. Szybko odganiam tą myśl i kreuje w głowie jedno hasło. ON MI POMAGA. Na pewno...
Ponownie słyszę śmiechy tamtej trójki, dlatego też podbiegam bliżej Verdasa. W oddali widzę koniec tej piekielnej ulicy. On też to chyba spostrzega, ponieważ zaczyna biec. Robię to samo. Nim się oglądam, jestem przyparta do ściany. Jego ciało. Moje ciało. Między nami nie ma przestrzeni. Za sobą czuję zimną cegłę, z której zbudowany jest dany budynek. Zamknięte dotychczas oczy, otwieram. Nie napotykam jednak jego wzroku. Mężczyzna wychyla głowę zza ściany i bacznie się czemuś przygląda. Serce bije mi niewyobrażalnie szybko. Przez tą bliskość chcę zwymiotować. Ręce mam spuszczone wzdłuż tułowia. Jestem na granicy rozpaczy. Wpatruję się w czarne logo Ralph'a Lauren'a, które naszyte jest na nieskazitelnie białej koszulce wspólnika. Nagle czuję jego wzrok na sobie. Wznoszę oczy ku górze i napotykam jego błyszczące tęczówki. Milczymy. Spoglądam w prawo i widzę jego rękę, która opiera się o ścianę, tuż przy mojej głowie. Przełykam ślinę i wracam do jego zielonych oczu.
- Odsuń się ode mnie - szepczę z braku sił. Ku mojemu zdziwieniu, szybko to robi. Patrzę na niego pełna lęku i odrazy. Z oczu wymykają mi się pojedyncze, słone łzy.
- Violetto, nie bój się już - odzywa się w końcu. Mocno przygryzam dolną wargę, a po chwili czuję metaliczny smak krwi w ustach. 
- Ty... - nie wiem jak zacząć. Chcę się upewnić, co do jego celów.
- Nie mam zamiaru cię krzywdzić - uprzedza szybko, a ja powoli wydycham powietrze z ulgą - Musimy biec. Trzymaj mnie za rękę, biegnij szybko, nie oglądaj się. Rozumiesz? 
Przytakuję energicznie, a potem czuję, jak jego dłoń ponownie oplata moją. Na mej twarzy z pewnością pojawia się grymas. Zaczynamy biec, a ja próbuję odgonić strach i odrazę względem Leona i jego bliskości. 
Tak jak zaleca, ani razu się nie oglądam. Pewnie nawet nie miałabym na to wystarczającej ilości odwagi. Gdy po kilku minutach biegu znajdujemy się w tłocznej uliczce, w której z pewnością nic nam nie grozi, Verdas się zatrzymuje. Robię to samo i z bijącym głośno sercem zerkam w jego tęczówki. Nie robimy nic, tylko oglądamy swoje twarze. Mam mieszane uczucia co do tego, co się przed chwilą stało. Jestem mu wdzięczna, ponieważ kolejny już raz mnie obronił. Gdyby nie on, możliwe, że przeżyłabym swój koszmar na nowo. Jednak, dlaczego właśnie on? Nie lubię go, on nie lubi mnie. Kompletnie się nie dogadujemy, wręcz nienawidzimy siebie nawzajem. Trudno mi przechodzi przez gardło słowo "dziękuję", gdy mam je skierować w stronę Leona. Nie mam ochoty przebywać w jego towarzystwie, a jak na razie mi to nie wychodzi. Los najwidoczniej nie jest po mojej stronie i ciągle krzyżuje nasze drogi ze sobą. 
- Wszystko dobrze? - pyta po chwili. 
- Jakby cie to obchodziło - mruczę prawie niesłyszalnie. On jednak to słyszy i patrzy na mnie chłodno.
- Równie dobrze mogłem cie tam zostawić - zaczyna, patrząc na mnie w dół - Tam i na basenie. Nie zrobiłem tego, więc może trochę milej? 
- Przepraszam - spuszczam wzrok - I dziękuję.
- Możesz powtórzyć? - mówi poważnie, jednak w jego głosie słyszę nutkę rozbawienia. Wzdycham głośno i ponownie spoglądam mu w oczy.
- Dziękuję - ogłaszam bardzo wyraźnie. 
- Lepiej - prycham na jego komentarz.
Nagle zauważam, że wciąż trzymamy się za ręce, a odległość między nami nie jest bezpieczna. Szybko wyrywam swoją kruchą dłoń i robię krok w tył. On z zaciekawieniem przygląda się moim poczynaniom. Pewnie oczekuje jakichś wyjaśnień, ale jak zawsze ich nie otrzymuje. Potrząsa głową i przenosi wzrok na coś za moimi plecami. Spoglądam tam gdzie on i widzę pub. 
- Dasz się namówić na drinka? - pyta, powodując u mnie niemałe zdziwienie. Myślę przez chwilę i w końcu odpowiadam.
- Nie, to nie jest dobry pomysł.
- Daj spokój, nie jesteśmy w pracy - przewraca oczami. Szczerze, nie poznaję go. A może właśnie poznaję prawdziwego Leona? - Za wyciągnięcie z kłopotów? 
Przygryzam nerwowo dolną wargę i ostatecznie kiwam głową na "tak". Nie wiem dlaczego to robię. Czuje się przy nim źle, ale nie jest to to samo, co było na początku. Poza tym, uratował mnie, więc jakoś muszę się odpłacić. Mężczyzna rusza przodem, a ja tuż za nim. W pubie panuje przyjemny dla oczu mrok. Jest tu duszno, czuć woń alkoholu i papierosów. W powietrzu unosi się dym i nie jestem do końca przekonana, czy jest to dym od papierosa... 
Verdas ciągnie mnie delikatnie za ramie. Potem siadamy przy barze na wysokich krzesłach. Od razu stwierdzam, że są niewygodne i twarde. Na szczęście nie mam zamiaru długo tu zostać. 
- Co podać dla pięknej pani? - pyta barman. Unoszę jeden kącik ust, próbując się uśmiechnąć. Nie wychodzi mi...
- 2 razy whisky - wyprzedza mnie mój wspólnik. Rzucam mu zdezorientowane spojrzenie, ponieważ nie zapytał się, co chciałabym wypić. 
- Robi się - rzuca barman i obraca się do nas plecami.
- Może nie chcę pić whisky? - pytam. Nie wiem skąd u mnie tyle odwagi, ale pasuje mi to. Czuję, że trochę otwieram się na towarzystwo Leona lub chociaż je akceptuję.
On nie zwraca uwagi na moje pytanie i kiedy tylko pracownik podaje nam szklanki pełne trunku, podnosi jedną z nich i jednym duszkiem opróżnia. Patrzę na niego otępiała. Przecież to jest mocne! Zraz potem Leon odwraca twarz w moją stronę i lustruje mnie całą. Nie czuję się komfortowo, chowam się pod jego spojrzeniem i uderzają mnie wątpliwości, co do zgody na drinka. 
- Nie patrz tak na mnie - rzuca i ponownie przechyla szklankę, z nadzieją, że zastało tam jeszcze parę kropel alkoholu. 
- Jak? - nie mogę się powstrzymać. 
Mężczyzna znów patrzy na mnie, tym razem głębiej i dłużej. Toczymy walkę na wzrok i oczywiście ja przegrywam. Skupiam się na jego palcach, które kreślą kółka na szklance. To trochę uspokajające. Pomijając fakt, że się stresuję, czuję się niekomfortowo, jest mi trochę niedobrze, pocą mi się ręce i jest mi duszno, nie jest najgorzej. Znów odczuwam silną potrzebę spojrzenia mu w oczy, więc ulegam. Zielone tęczówki otaczają czarną jak smoła źrenicę. Wpatrują się w moje, nie tak piękne. Ponownie to robimy. Ponownie wpatrujemy się w siebie bez słowa. To przerażające, ale nie mogę przestać. Jestem jak w transie, śnie, z którego za żadne skarby świata nie chcę się wybudzić.
- Jakbym za chwilę miał cie skrzywdzić - odpowiada w końcu, a ja prostuję się na stołku. 
- Ja... - chcę się mu sprzeciwić. Ale jak to zrobić, skoro mówi całkowitą prawdę?
- Lepiej się napij - podsuwa mi szklankę pełną whisky, a sam zamawia koleją. 
Bez zastanowienia biorę ją do ręki i przykładam do spierzchniętych ust. Na początku czuję gorycz. Jedyny alkohol, który piję to słabe drinki lub wino. Nie jestem przyzwyczajona do palącego uczucia w gardle, które pozostawia po sobie ten trunek. 
- Powoli - słyszę głos wspólnika, kiedy łapczywie wypijam 3/4 szklanki. 
- I kto to mówi - rzucam. Na mojej twarzy z pewnością widoczny jest grymas. 
- Wydaje mi się, że jestem bardziej doświadczony niż ty - komentuje i upija łyk ze szklanki. 
Kolejny raz podnoszę naczynie i opróżniam je. Znów się krzywię, ale powoli się przyzwyczajam.
- Jeszcze jeden, proszę - mówię. 

Nie spodziewałam się, że to kiedyś powiem, ale Verdas jest bardzo dobrym kompanem do picia. Pijemy już którąś z kolei szklankę whisky, a żadne z nas nie odezwało się ani słowem, co bardzo mi pasuje. Wystarczy, że jest obok, nie chcę słyszeć jego ochrypłego, męskiego głosu, który powoduje u mnie ciarki.
- Zastanawiam się - oznajmia. 
W mojej krwi jest zbyt wiele alkoholu, by racjonalnie myśleć. W jego pewnie również.
- Hmn? - bełkoczę pod nosem, upijając łyk.
- Dlaczego się tak zachowujesz? - spogląda w moją stronę. 
- Jak? - rzucam bez zastanowienia. W końcu jestem pijana, a w tym stanie mówi się co ślina na język przyniesie. 
- Boisz się mężczyzn.
- Już mi kiedyś to mówiłeś - dodaję, lekko chichocząc. 
- Więc to prawda? - on nie wydaje się być otumaniony alkoholem. Nie odpowiadam, a jedynie ciężko wzdycham. 
- Więc to prawda - mruczy do siebie odpowiedź na własne pytanie - Co się stało?
- Nie sądzę, że jesteś osobą, której chciałabym się zwierzyć - odzywam się chłodno. Ten temat mnie denerwuje. 
- A może właśnie nią jestem? - spoglądam na niego. Poważna twarz, na której maluje się uczucie niepewności. Mruży oczy, co wygląda nawet uroczo. Zjeżdżam wzrokiem w dół i zatrzymuję się na ustach. W tym samym czasie Leon postanawia oblizać je językiem. 
- Nie jesteś - mruczę i skrępowana patrzę w innym kierunku. 
- Jak mamy współpracować? 
- To jest mój problem, nie mieszaj się do tego. Jasne? - prawie krzyczę. Podnoszę wzrok, a nasze spojrzenia znów się spotykają. Unosi brwi do góry, zszokowany moim wybuchem.
- Przepraszam - szepczę, o ile jest to możliwe w gwarnym pubie.
- Nie wiem jak z tobą rozmawiać - przyznaje.
- I wzajemnie - prycham - Dlaczego tu ze mną siedzisz? Nie bawisz się ze swoją przyjaciółką? - pytam. Zauważyłam, że Verdas nie przepada za towarzystwem Alice i właśnie dlatego o tym mówię. Może jestem niemiła, ale chcę zmienić temat. Mam dość zainteresowania moją osobą, co jest absurdalne, ponieważ w głębi duszy jej pragnę. 
Szczęka mężczyzny się zaciska, tak jak jego dłoń na szklance. 
- Nie chcę o tym mówić - przyznaje. 
- Jak to? Dlaczego? - udaję zmartwioną. Chcę, aby zrozumiał aluzję. Nie powinien interesować się moim życiem, wbrew mojej woli. 
Wzdycha ciężko i wywraca oczami. Zrozumiał. Siedzimy chwilę w ciszy. Oglądam się do tyłu i widzę ludzi, którzy dobrze się bawią. Jakby nie mieli problemów, przeżyć, kłopotów. A może je mają, tylko zostawili je w progu pubu? Zamykam oczy, gdyż kręci mi się w głowie. Od dawna nie piłam tak dużej ilości alkoholu w jeden wieczór.
- Wracajmy już - słyszę jego głos. Kiwam głową i próbuję bezpiecznie zejść z krzesła barowego, co nie do końca mi się udaje. Spadam na tyłek, przyciągając na siebie uwagę kilku osób. Oddycham głęboko, by się nie rozpłakać. Gdy jestem pijana, mój stan psychiczny jest bardzo zmienny. 
- Wstawaj z tej podłogi - chichocze Leon. Muszę przyznać, że jest to bardzo miłe dla uszu. 
Podpieram się na ręce i łapię wyciągniętą dłoń wspólnika, po czym stoję na prostych nogach. Świat zaczyna mi wirować, więc postanawiam jak najszybciej wyjść z tego dusznego miejsca. Nagle czuję delikatny ucisk na ramieniu. To Verdas ciągnie mnie w kierunku wyjścia, a przynajmniej mam taką nadzieję. 
Kiedy jesteśmy już na zewnątrz uderza mnie świeże powietrze. Od razu czuję się lepiej, ale dla zwiększenia psychicznego balansu, oddycham miarowo i głęboko, tak jak kazał mi terapeuta.
- Możemy iść - ogłaszam otwierając ciężkie powieki. Idziemy ramie w ramie, przeciskamy się między ludźmi. Co chwile chichoczę, nie wiedząc dlaczego. Spoglądam w lewo i widzę szukającego czegoś w kieszeni Leona. Zaraz potem wyjmuje on niewielkie pudełko, z którego wyciąga papieros. Wzdycham głośno, gdyż nie lubię, kiedy ktoś pali w moim towarzystwie. Dziwi mnie jednak jedna rzecz. Uwielbiam zapach Verdasa. Dym papierosowy wymieszany z miętą stają się moim uzależnieniem. Patrzę  na niego wrogim spojrzeniem, gdy wkłada do ust jeszcze niezapaloną fajkę. Następnie z innej kieszeni wyjmuje zapalniczkę i jej używa. Chwilę później widzę, jak wydycha dym i nie zaprzeczę, że to jest seksowne. 
- Coś nie tak? - pyta, kiedy zauważa, że się mu przyglądam.
- Nie lubię, kiedy ktoś pali w moim towarzystwie - informuję. Na początku patrzy na mnie jak na idiotkę, a później wybucha śmiechem.
- W tym nie ma nic śmiesznego - burczę. 
- Możesz iść sama, jeśli coś ci się nie podoba - mówi i ponownie się zaciąga. Jest przy tym tak arogancki i chamski, że zatrzymuję się i postanawiam przejść na drugą stronę ulicy. 
- Poczekaj - słyszę za plecami, na co się wzdrygam. 
- Nie pasuje mi to, że palisz w moim towarzystwie, więc idę sama - ogłaszam pewnie i nie oglądając się za siebie, idę na przód. Wtem czuję pociągnięcie do tyłu. Wiem, że to on, ale zbyt mnie denerwuje, żeby odpuścić. Ostatecznie to on mnie obraca twarzą do siebie. Jego oczy są spokojne, ale w pewnym momencie przestaje je dobrze widzieć. Biorę wdech i zerkam na jego otwartą buzię. 
Wypuścił dym na mnie i to z pewnością nie było przypadkowe.
- Idiota - warczę i wyrywam swoją rękę. Wymijam go i idę w poprzednim kierunku.
- Zachowujesz się jak dziecko - komentuje. 
- Lepsze to, niż bycie skończonym dupkiem! - krzyczę.
- A już zmieniałem opinię o tobie - syczy. W tym momencie cały alkohol z nas wyparował. Zastąpiła go złość. 
- Zamknij się już. 
Idziemy w ciszy dobre 15 minut, aż rozpoznaję nasz hotel. W ciszy przemierzamy przestronny hol i recepcję. Wzywam windę i modlę się, by mój wspólnik nie wsiadł razem ze mną, ale to przecież jest niemożliwe. Wchodzimy do niej razem. On staje opierając się o ogromne lustro, ja naciskam przycisk. Ten człowiek niemiłosiernie mnie irytuje. Zachowuje się okropnie, a ja mam się mu zwierzyć? Niedoczekanie. Jednak ilość przypadków, gdy ratuje mnie z kłopotów wciąż rośnie. 
- Przepraszam - mówimy w tym samym czasie. Delikatnie się uśmiecham i wychodzę z windy. 
Ponownie w ciszy przemierzamy korytarz. Znów czuję lęk, spowodowany otaczającą nas ciemnością. 
- Dziękuję - mówię, kiedy stoję w progu drzwi do mojego pokoju. 
- Za? - pyta mężczyzna. Przewracam oczami.
- Za to, że jesteś tam, gdzie potrzebuję pomocy - szepczę, ale wiem, że doskonale to słyszy. Nawet w mroku widzę jak się uśmiecha. Dostrzegam też niewielkie dołeczki, co jest naprawdę słodkie, ale niestety nie pasują one do jego osobowości. 
- Wiesz - podchodzi bliżej mnie, a ja biorę głęboki wdech. Przełykam ślinę. Już dawno wytrzeźwiałam... 
- Hmn? - mój głos drży, czuję to. On jest zbyt blisko.
- Dziś znowu udowodniłaś, jak bardzo nieodpowiedzialna jesteś.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Przed chwilą mnie przepraszał, żartował i uśmiechał się, a teraz znów wraca do swojej dawnej postaci.
- Jeśli znowu masz zamiar wytykać mi błędy i mówić, jak źle postąpił mój ojciec, to sobie daruj - mówię, a w oczach zbierają mi się łzy. Mężczyzna podchodzi jeszcze bliżej. W powietrzu unosi się zapach tytoniu i mięty, no tak...
- Jak możesz chodzić po nieznanym mieście sama, o tak późnej porze? To szczyt głupoty i nieodpowiedzialności! - unosi się, a zaciskam pięści. 
- Przede wszystkim - zaczynam - Odsuń się ode mnie. 
Po kilku sekundach wpatrywania się w moją twarz, robi to, o co go proszę. 
- Nie znasz mnie, mojej historii. Nie wiesz niczego i wolę, żeby już tak zostało. Może i postąpiłam głupio, ale nie w twoim interesie jest ocenianie i pouczanie mnie. 
- Violetta - próbuje mi przerwać.
- Nie - unoszę dłoń - Dziękuję za uratowanie mi życia. Postaram się już więcej nie wchodzić ci w drogę, skoro jest to dla ciebie problem. A teraz żegnam - kończę i trzaskam drzwiami. 
I zaczyna się moja codzienność. Kładę się na łóżku i zaczynam płakać. Ludzie są okrutni. Świat jest okrutny. Życie jest do dupy. 

♥

Hejka!
Rozdział 9 wygląda właśnie tak :)
Jak zawsze, mam nadzieję, że się Wam podoba!
Następny? 
Jak zawsze, nie wiem kiedy xD

A co do konkursu.
Kurczę, przepraszam Was za to mega wielkie opóźnienie, ale nie mogę się zebrać! Jestem w połowie oceniania i nie mogę ruszyć dalej. 
Wybaczcie, staram się.
Ale niestety uczę się (w wakacje xD) i to mnie trochę ogranicza :/

Dziękuję za wszystkie komentarze i przede wszystkim za obecność <3
Kocham Was
Całuję mocno
I dziękuje 

Ola 
♥

niedziela, 7 sierpnia 2016

.08. + Podziękowania + Notka Informacyjna


Dedykacja dla Tinity Blanco i Maddy
♥


Momentalnie czuję ciepłą, a za razem zimną dłoń mojego wspólnika na plecach. Wówczas już nie wiem co jest gorsze. Jego dotyk, czy mężczyzna, który się do mnie przystawia. Oboje doprowadzają mnie do szału i jedyne o czym marzę, to zapaść się pod ziemie. Moje kruche ramie dotyka umięśnionej i nagiej klatki piersiowej Verdasa. Stoi on niebezpiecznie blisko, ale wolę bliskość jego, niż faceta stojącego na przeciwko mnie. Przełykam ślinę i spoglądam zdezorientowana na Leona. Jego dotyk jest walką, a co dopiero słowa, które przed chwilą wypowiedział. Kochanie? Patrzę w jego oczy i szukam ratunku. Próbuję znaleźć odpowiednią odpowiedź. Napotykam ją dopiero, gdy kątem oka zerkam na natarczywego mężczyznę. 
- T-ten mężczyzna chyba nie rozumie słowa "nie"- jąkam. Mimowolnie wyobrażam sobie tamtą noc, dotyk, spojrzenie. Czuję, jak oczy mi się szklą od łez, które na szczęście jeszcze ich nie opuszczają.
Leon wciąż na mnie patrzy. Ja przez chwilę robię to samo. Wygląda na zdenerwowanego, jego szczęka zaciska się nerwowo, a w oczach płoną malutkie płomyki nienawiści. Chwilę później jego idealne usta wykrzywiają się w grymasie, co początkowo pewnie miało przypominać uśmiech. 
- Czy mam pomóc panu zrozumieć znaczenie słowa "nie"? -  syczy przez zaciśnięte zęby. Na jego ton się wzdrygam, ale próbuję to ukryć. 
- Nie będzie trzeba - mówi odważnie i puszcza do mnie oczko. Czuje jedynie odrazę i strach. Zmniejsza się on jednak, gdy Leon podchodzi bliżej mężczyzny, a tym samym chowa mnie za swoim ciałem. Nie czuję już jego dotyku, więc moją skórę owiewa ulga. Potem przyglądam się dwóm panom stojącym przede mną. Są podobnego wzrostu i postury.
- Więc jeśli nie chce mieć pan problemów, radzę zniknąć mi z oczu - informuje ozięble Verdas. 
Tamten prycha i szuka mnie wzrokiem. Gdy już mu się to udaje i nasze spojrzenia się krzyżują, uśmiecha się szeroko i ociera dolną wargę kciukiem. Nim się oglądam, moja dłoń znajduje się na ramieniu wspólnika, a ja sama jeszcze bardziej chowam się za jego sylwetką. Potem mężczyzna mija nas i niby przypadkiem trąca Verdasa w ramie. Ten nagle się obraca i łapie go za łokieć. 
- Myślałem, że nie chce pan problemów - rzuca i popycha go lekko. W myślach modlę się, by to wszystko jak najszybciej się skończyło.
- Co tu się dzieje? - rozpoznaję głos przyjaciela i szybko obracam się w jego stronę. 
Mam ogromną potrzebę schronienia się w czyichś ramionach. Bez chwili zwątpienia rzucam się na Noah. Jest trochę zdezorientowany, ale czule mnie obejmuje. 
- Leon? - pyta mój asystent.
- Nie istotne, sytuacja jest opanowana - tłumaczy przyglądając się mojej osobie. Wpatrujemy się w siebie, a potem przypominam sobie o natarczywym mężczyźnie. Szukam go wzrokiem, ale już go nie ma. Odszedł, czuję więc ulgę. Wypuszczam powietrze z płuc i opieram głowę na klatce piersiowej przyjaciela. On za to gładzi mnie delikatnie po przedramieniu i sprawia, że uspakajam się. 
- Czy któreś z was powie mi o co chodzi? - pyta po krótkiej chwili. 
Odrywam się od niego i zerkam na Leona. On patrzy na mnie sowimi zielonym oczami, jakby oczekiwał, że to ja wszystko wytłumaczę. Wzdycham cicho i zwracam się do Noah.
- Opowiem ci później - mruczę. Mężczyzna nie jest usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, ale wie, że nie powinien naciskać.
- No dobrze.
Nagle czuję potrzebę rozmowy z Verdasem, co jest niesamowicie dziwne. Wewnątrz, jestem mu bardzo wdzięczna za to, że mnie obronił, jakkolwiek to uczynił...
- Zostawisz nas na chwilę samych? - pytam przyjaciela. Na początku na jego twarzy widnieje jedynie szok, ogromny szok. Szczerze, to sama się sobie dziwię. Przecież Leon jest moim "wrogiem", jedynie razem współpracujemy. Wystawia mnie na wiele prób, komentuje moje zachowanie i decyzje, czeka, aż zrobię coś nie tak i jest po prostu mężczyzną. Jednak po tym zdarzeniu nawet on zasługuje na podziękowania. Dopiero po paru sekundach wyraz twarzy Noah się zmienia. Pytająco mi się przygląda, ale ja jedynie rzucam mu uspokajające spojrzenie, mówiąc, że wszystko jest ok.
- Będę przy barze - informuje niepewnie i odchodzi, co chwilę spoglądając w naszą stronę. 
Na początku wpatruję się w ziemię, zbieram siły na wypowiedzenie kilku słów. Następnie ostrożnie podnoszę swój wzrok na przystojnego, ale jak bardzo nie lubianego przeze mnie mężczyznę. Nasze spojrzenia się spotykają, a ja widzę w jego oczach spokój. Badam jego twarz wzrokiem. Świeżo zgolony zarost, idealnie krzaczaste brwi, długie rzęsy, które co chwilę opadają na delikatną skórę policzków. Odchrząkuję, zażenowana moim zachowaniem i ponownie patrzę mu w oczy. Stoimy w bezpiecznej dla mnie odległości, więc nie czuję się zbyt niepewnie. Chociaż nie jest to to samo, co z Noah. 
- Więc? - jego ochrypły głos wyrywa mnie z transu.
- Chciałam - zacinam się na moment, ponieważ jego wzrok zjeżdża po moim ciele. Przypominam sobie, że jestem w bikini. On jest taki, jak każdy inny mężczyzna. Zaczynają pocić mi się dłonie, a serce przyspiesza swój rytm. Chcę jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. 
- Tak? - podchodzi bliżej, ja za to się cofam.
- Chcę ci podziękować - rzucam szybko. Unosi do góry brwi, a jego kąciki ust delikatnie się unoszą. 
- Chcesz mi podziękować, czy mi dziękujesz? - dopytuje. Jak zawsze musi mi dopiec.
- Dziękuję - mruczę.
- Nie ma za co - wypuszczam powietrze z ulgą i obracam się, by odejść. Zatrzymuje mnie jednak jego głos - Jednak czekam na jakieś wyjaśnienia - Zatrzymuję się w miejscu, ale po chwili znowu ruszam. Myślałam, że pójdzie łatwo. Znowu się myliłam.


Wieczorem postanawiamy wyjść na miasto. Zapinam białą, zwiewną sukienkę i zakładam sandałki z delikatnym obcasem. Włosy rozpuszczam, dlatego też opadają mi kaskadami na ramiona. Biorę torebkę i wychodzę z pokoju hotelowego. Na korytarzu spotykam oczywiście przyjaciela i wspólnika. Oboje wyglądają bardzo dobrze. 
- Gotowa? - pyta Noah, na co przytakuję. We trójkę ruszamy ku wyjściu z hotelu. Przyznam szczerze, że czuję się już odrobinę swobodniej przy Leonie, jednak daleko mi do naturalności i pewności. Nie zmieniło się też to, że w jego towarzystwie czuję lęk i nie mam chęci po prostu być obok niego.

Na zewnątrz nie wiele już widać. Niebo płonie od gaszącego się za horyzontem słońca. Rzymskie uliczki oświetlane są przez urocze lampy. Jest głośno, miasto dopiero zaczyna budzić się do życia. Wspólnie wybieramy restaurację i jemy w niej kolację. Podczas posiłku niewiele rozmawiamy. Razem z Verdasem wymieniamy się kilka razy obojętnymi spojrzeniami. Po kolacji postanawiamy przejść się po czarujących uliczkach zabytkowego miasta. Nagle podchodzi do naszej trójki pewna blondynka.
- Leon? - pyta, zwracając uwagę całej naszej trójki. Przyglądam się jej uważnie. Ma długie, blond włosy, pełne usta, które pomalowane są na czerwono. Na sobie ma śliczną sukienkę, która idealnie na niej leży. Dziewczyna wygląda na maksymalnie 25 lat. Muszę przyznać, że jest na prawdę śliczna. 
- Alice? - odzywa się Verdas, a po chwili dziewczyna rzuca się na mojego wspólnika. Tulą się przez dłuższą chwilę jakby nie widzieli się 10 lat, a ja obojętnie na nich patrzę. Noah robi to samo. W końcu mój przyjaciel odchrząkuje i zwraca na siebie uwagę. Momentalnie odrywają się od siebie i patrzą na nas.
- A pani jest? - pyta niecierpliwie. Cały Noah...
Patrzę na Verdasa i widzę zakłopotanie w jego oczach. Jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. On nie wie co powiedzieć? To się przecież nie zdarza!
- Jestem przyjaciółką Leona - tłumaczy jakże anielskim głosikiem. Uśmiecham się jedynie i wciąż śledzę wzrokiem jej kobiecą figurę. Jest idealna. Długie nogi, perfekcyjne wycięcie w talii, smukłe ramiona. Z pewnością zajmuje się modelingiem lub czymś podobnym. Zdziwiłam się jednak, gdy usłyszałam, że jest przyjaciółką mojego wspólnika. Myślałam, że taki człowiek jak on, nie ma przyjaciół. A jednak ktoś go lubi i akceptuje takiego, jakim jest.
- Ja jestem Noah, kolega z pracy - wtrąca mój przyjaciel. Zerkam na Leona, który wciąż wpatruje się w Alice. Jego twarz oblana jest dziwnym uczuciem. Nie jest to ból, nie jest to też tęsknota ani smutek. Coś pomiędzy tym. Nagle uwaga wszystkich zwraca się na mnie. Wybudzam się więc z transu i się przedstawiam.
- Violetta Castillo, miło mi - ściskam jej delikatną i miękką dłoń. Posyłamy sobie uśmiech - Wspólniczka Leona.
- Miło mi was poznać - tłumaczy. Wydaje się być bardzo miłą osobą - Czy mogłabym porwać Leona na dłuższą chwilę?
- Nie ma sprawy - rzucam radośnie. Bez niego wieczór, a raczej jego końcówka, będzie udany. Kątem oka wciąż obserwuję wspólnika. Nie wydaje się on być zadowolony, można powiedzieć, że bije od niego niechęć. Przez kilka sekund zastanawiam się, dlaczego tak się czuje. Przecież jest to jego przyjaciółka. A z przyjacielem uwielbiam się spędzać czas.
- To my idziemy - informuje blondynka z przeuroczym uśmiechem i chwyta Verdsasa pod rękę. Oddalają się, a ja wciąż wpatruję się w umięśnioną sylwetkę Leona.
- To było bardzo dziwne - zaczyna Noah, a ja jedynie kiwam głową.
- Zdziwiłam się, że ma przyjaciółkę. Ale jeszcze bardziej, kiedy nie był zachwycony faktem zostawienia nas - dodaję.
- Nie rozumiem go - mruczy i kładzie mi rękę na ramiona - Ale to już nie nasz sprawa.
- Ta.. - kończę i razem z przyjacielem idę w kierunku parku.
Tam siadamy na ławce, która oddalona jest od innych o dobre kilkanaście metrów.
- Nie mam ochoty wracać do Nowego Jorku, Noah - przyznaję po dłuższej chwili ciszy.
Mężczyzna zerka na mnie i gładzi pocieszająco po ramieniu.
- To jest niestety nieuniknione, kochana.
Wzdycham ciężko i wpatruję się przed siebie. Dostrzegam idącą parę, która trzyma się za ręce. Co chwilę szepczą sobie coś na ucho. Dziewczyna w błękitnej sukience, która o tej porze nie wydaje się być tego koloru, szczerze się uśmiecha. Czarne włosy ma spięte w luźny warkocz, który kończy się przy pośladkach. Kilka razy słyszę cichy chichot brunetki. Wtula się w tors swojego chłopaka, który czule ją obejmuje. Ona zalazła swoje szczęście. Ja nigdy go nie znajdę. Już nigdy bezgranicznie nie zaufam drugiemu mężczyźnie. Nigdy nie wtulę się w niego, czy po prostu nie podam mu ręki bez uczucia obrzydzenia. Nie jestem zdolna do kochania siebie, a co dopiero mężczyzny. Gwałt zabrał mi kobiecość, pewność siebie i miłość. Miłość do własnej osoby. Uważam się za skrzywdzoną, ale i nieczystą. Jestem brudna od jego dotyku, oddechu i spojrzenia. Nie potrzebuję litości, a jedynie czyjejś obecności. Jednak nawet to jest trudno otrzymać.
- Wszystko dobrze? - słyszę głos przyjaciela. Ponownie tego dnia wracam do rzeczywistości i spostrzegam, że moje policzki są wilgotne. Wzdycham cicho, ponieważ nienawidzę tego, że tracę nad sobą kontrolę. Milczę, dając znak Noah, że nie chcę rozmawiać. Siedzimy więc w ciszy kolejne 30 minut, aż czuję muskający mnie chłód wieczornego powietrza. Podnoszę się z całkowicie niewygodnej, drewnianej ławki i ruszam przed siebie. Nie mam pojęcia co robię, jestem w jakimś amoku. Nagle czuję jak ktoś szarpie mnie do tylu.
- Vilu, co ty wyprawiasz? - jest lekko przerażony.
- Noah, proszę puść mnie. Chcę pobyć sama - błagam.
- Nie mam mowy. Nie o tej porze - ciągnie mnie za sobą.
- Ale ja potrzebuję samotnego spaceru.
- A jeśli coś ci się stanie? Nie bądź lekkomyślna! - słyszę, że jest zdenerwowany i zmartwiony. Dla uspokojenia go, przykładam mu swoją całkiem niewielką dłoń do jego rozgrzanego policzka.
- Ciii - mruczę i przytulam go - Widzimy się za 30 minut w hotelu, dobrze?
Mężczyzna wciąż milczy i patrzy na mnie błagalnym wzrokiem.
- Vilu, nie znasz miasta, jest po 23.00. Czy ty jesteś mądra? Przecież jesteś już po pewnych przeżyciach...
- I własnie dlatego muszę pójść sama. Nie mogę dłużej się chować, potrzebuję wolności. A teraz proszę, puść mnie.
Noah jeszcze chwilę się waha, jednak ostatecznie mnie puszcza i całuje w czoło. Zaciągam się jego pięknym i uspakajającym zapachem, przymykam powieki. Kiedy uznaję, że oboje się dostatecznie uspokoiliśmy, odchodzę z niewielkim uśmiechem na twarzy.

Rzym nocą nie wydaje się być niebezpieczny. Wszystkie uliczki wypełnione są radosnymi ludźmi, którzy bawią się w najlepsze. Nie zważają na to, co inni o nich sądzą, po prostu żyją. A mi ostatnio tego brakuje. Ostatnio? Od dobrych 4 lat...
Z minuty na minutę robi się coraz chłodniej. Ocieram ramiona dłońmi z nadzieją, że wytworzę jakieś ciepło. Wyjmuję telefon i widzę, że powinnam już wracać. Noah zaraz będzie wydzwaniać i przede wszystkim, martwić się. A przecież nie ma o co, ponieważ jestem dorosła... I nic poza tym.
Po raz kolejny zdaję sobie sprawę, jak słaba i zniszczona od środka jestem. Niby pełno ludzi wokół, a czuję się samotna. Martwię się, że to może trwać przez bardzo długi okres.
Idę przed siebie i w końcu przyznaję przed samą sobą, że się zgubiłam. Miejsce, w którym aktualnie się znajduje, nie przypomina już tych urokliwych i gwarnych uliczek. Nie ma kawiarni, barów, restauracji, które po brzegi wypełnione są ludźmi. Co kilka metrów widoczna jest jedynie mrugająca latarnia. Otaczają mnie stare budynki, a w ich oknach panuje ciemność. Byłam tak rozkojarzona, że nie zauważyłam, w którą stronę się kieruję.
Przełykam ślinę i mam zamiar krzyczeć o pomoc, kiedy w oddali spostrzegam 3 postawne sylwetki. Gdy mrużę oczy, zauważam, że zbliżają się dość chwiejnym krokiem. Odwracam się i już mam zamiar biec przed siebie, gdy widzę kolejną, samotną tym razem postać. Robi mi się słabo, serce przyspiesza swoją pracę. Moje ciało owiewa chłód, który miesza się z lękiem i strachem wiszącym w powietrzu. Zamykam oczy z nadzieją, że to tylko sen. Spoconymi i drżącymi rękoma wyjmuję telefon i gdy już wybieram numer Noah, widzę, że nie mam zasięgu. Jestem w dupie i nie wiem jak z niej wyjść.
- Zgubiłaś się, koleżanko? - słyszę w oddali. Rzucam przerażone spojrzenie w stronę zbliżającej się trójki. Nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa, W końcu się cofam w kierunku samotnego mężczyzny. Lepiej jedno nieszczęście niż trzy. Tamci jednak zauważają, że próbuję uciec, dlatego też zaczynają mnie gonić. Nie wiem dlaczego, ale wciąż biegnę twarzą do nich. Może chcę sprawdzić, czy odległość między nami jest wystarczająco bezpieczna? Ale to takie głupie...
W końcu mam dość ich obleśnych twarzy, które szybko się zbliżają. Zamaszyście odwracam się w kierunku biegu i zamykam załzawione oczy. Mogłam słuchać Noah...
Biegnę ile sił w nogach, choć tych jest już niewiele. Szybko i na krótką chwilę odwracam się do tyłu. Wciąż za mną biegną. Krzyczą jakieś wyzwiska, ale bębni mi w uszach i na szczęście niczego nie słyszę. Zamykam oczy i biegnę dalej. Jakby tam czekało na mnie zbawienie, pomoc. Nie obchodzi mnie już to, że jestem coraz bliżej tamtego mężczyzny. Istotniejszą rzeczą jest, że oddalam się, a raczej próbuje zniknąć z oczu tamtej trójce.
Nagle zderzam się z czymś przyjemnie ciepłym. Boję się otworzyć oczy, ponieważ prawdopodobnie jest to mężczyzna. Czuję jak przytrzymuje mnie za ramię.
- Violetto, co się dzieje? - słyszę. Na początku nie rozpoznaję właściciela tego głosu. Może ja umarłam? Co się dzieje? Chciałabym to sprawdzić, ale boję się otworzyć powieki.
- Violetta! - ponownie się odzywa. Strach odrobinę maleje, kiedy rozpoznaję ten ton. Otwieram oczy i widzę przestraszonego Leona. Jego brwi są zmarszczone, a oddech przyspieszony. Histerycznie owiewa moją napiętą skórę na twarzy. Przełykam ślinę, a potem obracam się za siebie. Widzę, jak trójca idzie w naszym kierunku. Śmieją się i puszczają mi oczko. Ponownie mam chęć zniknąć, rozpuścić się, zapaść się pod ziemię. To jednak przecież się nie stanie. Cała trójka ma mniej więcej 40 lat. Bije od nich alkoholem i potem.
- Dzięki kolego za złapanie naszej koleżanki - rzuca jeden z nich, gdy są już całkiem blisko nas. Nie mogąc już na nich patrzeć, spoglądam przed siebie. I co widzę? Widzę klatkę piersiową Verdasa, a na niej moje dłonie, które szukają na niej ratunku. Zdezorientowana własnym zachowaniem odrywam je od jego białej koszulki i zamykam oczy.
- Koleżanki? - prycha wspólnik.
- Tak, koleżanka chciała się z nami zabawić - tłumaczy drugi, a z moich oczy zaczynają wylewać się łzy.
- Wątpię - mówi spokojnym głosem Leon. Słyszę jednak nutkę zdenerwowania. Tego samego głosu używa podczas konferencji, na których coś nie idzie po jego myśli.
- Dobra przystojniaczku, oddaj nam panienkę - wtrąca trzeci. Moja broda niekontrolowanie drży. Patrzę w górę i wyłapuję zatroskany wzrok wspólnika. Potem z braku sił zamykam powieki. Niech dzieje się co chce, mam już dość.
- Panowie, zrobimy tak - zaczyna - Jako, że złapałem wasz łup, jako pierwszy się z nią zabawię.
Zamieram.
Moje serce nie chce już bić.
Moje płuca nie mają zamiaru już pracować.
Nie.
Proszę.
Patrzę błagalnie w oczy Verdasa. On też na mnie patrzy. W jego spojrzeniu widzę spokój i niepewność. Szybko kładę dłonie na jego torsie i próbuję się odepchnąć. On za to trzyma mnie w talii. Jego dotyk mnie parzy, wypala psychiczną i fizyczną dziurę. Próbuję się wyrwać, ale jest zbyt silny. Łkam i cicho proszę o litość.
- Zaufaj mi - szepcze mi do ucha. Jego oddech jest przepełniony tytoniem i miętą. Moja ulubiona mieszanka...
Zaufać mu?


♥

Hello!
Moi drodzy, tak prezentuje się kolejny rozdział. 
Ciekawy?
Mam nadzieję, że tak :)


CZEKAM NA WASZĄ OPINIĘ W POSTACI KOMENTARZY!

Kolejny rozdział nawet nie wiem kiedy.
Myślałam, że wakacje będą czasem na odpoczynek itd.
Ja jednak haruję ciężej niż w roku szkolnym. 
Dlatego też nie wiem, kiedy będzie next.

♥

Chcę Wam ogromnie podziękować za 50 tysięcy wyświetleń. Jak dla mnie, jest to coś wielkiego. Sądzę, że osiągnęłam już trochę, a to wszystko dzięki Wam!
Dziękuję za każdy komentarz, czy wejście. 
Dziękuję za obecność i tyle ciepłych słów.
Kocham Was!

♥

Co do konkursu...
Wyniki konkursu zaczną się niedługo pojawiać. Już dziękuję każdemu za udział i przepraszam za opóźnienie :/


PS: Przepraszam za niekomentowanie na Waszych blogach, ale ostatnio ciężko u mnie z czasem.
Obiecuję jednak poprawę :)

Przepraszam
Dziękuję
Całuję
Kocham

♥

Aleksandra 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka