sobota, 4 czerwca 2016

.03.



Rozdział dedykuję wszystkim, którzy skomentowali mój ostatni post ♥



Do apartamentu wracam cała roztrzęsiona i zapłakana. Bezsilnie zdejmuję biżuterię i ubrania. Biorę odprężający prysznic. Słone łzy przemierzające moje policzki mieszają się z słodką wodą spływającą po mojej twarzy i ciele. 
Próba bycia silną jest cholernie trudna, ale nie niemożliwa do zrealizowania. Jednak by być nieugiętą, muszę posiadać podstawę. A podstawą jest dobra psychika, której niestety nie mam. Wydarzenia z przeszłości odbijają się właśnie teraz. Nieufność, strach, ból, lęk, smutek, obrzydzenie, niepewność, żal... To wszystko buzuje w mojej głowie i nie pozwala na normalne funkcjonowanie. Ile bym dała, żeby moje losy potoczyły się inaczej, by pewne osoby w ogóle nie pojawiały się w moim życiu, aby moje życie nie było przepełnione tym, czy jest przepełnione teraz. Lecz muszę radzić sobie z problemami, udawać, przekonywać innych o tym, że jest dobrze. Innych, ale i siebie samą. 
Nikt tak naprawdę nie wie, co działo się w niedalekiej przeszłości. Chyba nie jestem gotowa na to, by z kimś o tym porozmawiać. Z pewnością zauważalna jest moja przemiana, jednak każdy milczy. Wszyscy mają swoje problemy, a ja nie chcę dokładać swoich. Jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, te dobre, jak i te złe. Czasu nie cofniesz, więc żal pozostaje do dzisiaj.
Owinięta białym ręcznikiem suszę włosy i nakładam na twarz krem. Przebrana w piżamę wchodzę pod kołdrę, a moje myśli NIE są z szatynem, którego tak po prostu się obawiam.

Moje lakierowane szpilki, które dziś dobrałam do ołówkowej spódnicy i białej koszuli dźwięcznie stukają o posadzkę w lobby. Witam się z Mią i zmierzam ku windzie. Kiedy znajduję się na 14 piętrze zmierzam do swojego biura. Pora nałożyć maskę - myślę, otwierając drzwi.
Siadam na wygodnym fotelu i włączam komputer. Po chwili słyszę pukanie.
- Proszę - odpowiadam miło i spoglądam w stronę wejścia. 
- Witaj Violetto - do pomieszczenia wchodzi mój asystent - Noah.
- Dzień dobry - posyłam mu skromny uśmiech.
- To są twoje dzisiejsze spotkania i konferencje - mówi, kładąc na biurku kartkę - Za godzinę spotkanie z prezesem firmy z Kanady, potem przychodzi pan Verdas, z którym idziesz na konferencję - na nazwisko mojego wspólnika lekko się wzdrygam, a przed oczami pojawiają się urywki z ostatniego wieczoru. Mimowolnie spoglądam na nadgarstek, który ostatnio został ściśnięty przez mężczyznę. Serce zaczyna mi szybciej bić, a ręce się pocą - Po konferencji jest lunch, a po nim ponownie spotykasz się z Verdasem - oddycham coraz szybciej - Po skończeniu spotkania nie masz już żadnych planów.
Patrzę na niego osłupiała. Nie sądziłam, że tak często będę przebywać w towarzystwie szatyna. Kompletnie nie mam pojęcia, jak temu podołam, ale obiecałam sobie, że postaram się udowodnić mu, że jego słowa i opinia o mnie jest błędna. Poradzę sobie.
- Dlaczego tak często spotykam się z panem Verdasem? - pytam nagle.
- Jest twoim wspólnikiem, więc wszelkie decyzje podejmujecie razem. Razem uczęszczacie na konferencje, podpisujecie umowy, chociaż to ty masz ostatnie słowo - tłumaczy, a ja ze zrozumieniem kiwam głową.
- Dziękuję - mruczę pod nosem - Na prawdę bardzo mi pomogłeś.
- To była przyjemność, a poza tym, będę robić to codziennie, jestem przecież twoim asystentem.
- Racja - odpowiadam. Noah to miły i bardzo przystojny mężczyzna. Kiedyś, gdy czasem zachodziłam do pracy ojca, mijałam go w korytarzu - Czy jest tu ktoś, kogo powinnam się obawiać? - pytam ciszej, jakby z obawy, że ktoś może mnie usłyszeć. Mężczyzna uśmiecha się szeroko i wygodniej rozsiada się na skórzanej kanapie znajdującej się przed biurkiem. 
- Tak naprawdę, to każdy pracownik boi się teraz jednej osoby - wyznaje, a ja przyglądam się mu z ciekawością - Ciebie - dokańcza, a ja prycham i uroczo się uśmiecham.
- Jak to?
- Nikt tak na prawdę nie wie, jaka jesteś. Jedni mówią, że przyjazna, inni, że jesteś suką - szepcze rozbawiony.
- Nie jestem suką! - mówię głośniej, radosnym głosem - A może lepiej żebym taka była? Wtedy nikt nie wykorzysta mojego dobrego serca.
- Może bądź przyjazną suką? - po jego wypowiedzi oboje zaczynamy się śmiać. Nie wiem dlaczego, ale oboje zachowujemy się, jakbyśmy znali się kilka dobrych lat. Oczywiście, nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że jest ktoś, komu mogę się przyznać do niewiedzy i niepewności.
- Da się? - wciąż się śmiejemy.
- Sprawdźmy to - odpowiada miło i podnosi się z miejsca.
- Idziesz już? - nie wiem dlaczego, ale czuję smutek. Polubiłam go, pomimo, że nie znamy się za długo. 
- A mam zostać? - jego uśmiech się poszerza.
- A jest to w jakiś sposób nieodpowiednie? - nie jestem przekonana, jakie panują reguły w tej firmie, ale ja mogę chyba wyznaczyć nowe, prawda? 
- Nie mam pojęcie, ale chętnie zostanę - mówi z śmiesznym wyrazem twarzy oraz wzrusza ramionami. Zaraz potem z wielkim uśmiechem siedzi na dawnym miejscu i bacznie mi się przygląda. - No więc - przeciąga ostatnie słowo i trzepocze rzęsami - Czego chcesz się jeszcze dowiedzieć?
- Co sądzisz o Verdasie? - mówię, zanim zdążę ugryźć się w język. Mężczyzna niepewnie na mnie patrzy, jakby bał się cokolwiek powiedzieć - Nie pisnę ani słowem.
- No dobra - przewraca zabawnie oczami - Uważam, że jest super seksowny - po jego słowach wytrzeszczam oczy. On to oczywiście zauważa - Jestem gejem - Przez moment panuje cisza - Czy coś w tym złego?
- Nie! - odpowiadam szybko - Oczywiście, że nie!
- Ciesze się - szczerzy się w moim kierunku. Można powiedzieć, że czuję ulgę po jego wyznaniu. Fakt, że nie pociągają go kobiety sprawia, że nie mam się czego obawiać w jego towarzystwie - Wracając do Verdasa - kontynuuje - Poza tym, że to ciacho, jest perfekcjonistą. Uwielbia mieć wszystko jak w zegarku - czuję, jak samoistnie na mojej twarzy pojawia się grymas - Kocha kontrolę oraz perfekcję.
- Nie pomagasz - mówię do siebie, ale on i tak to słyszy. 
- Będzie dobrze - zapewnia mnie - Myślę, że twój ojciec bardzo dobrze zrobił powierzając ci firmę. 
Uśmiecham się do niego szczerze. Chociaż jedna osoba mnie wspiera. Osoba, którą poznałam całkiem niedawno. 
- Dziękuję.
- Do usług szefowo - wypowiada się żartobliwie, na co ja wywracam oczami - No dobrze, muszę wracać do pracy. Ale jeśli będziesz potrzebować pomocy w dokumentach, czy po prostu przytulenia, to daj znać - uśmiecha się i puszcza mi oczko.
- Będę pamiętać - odpowiadam równie wesoło i odprowadzam go wzorkiem do wyjścia.

Czas mija dość szybko i nim się obejrzę, zegar wskazuje 10:00. Nagle słyszę pukanie do drzwi. Głośno przełykam ślinę i mówię kilka motywujących mnie słów.
- Proszę - mówię donośnie. Zaraz potem w drzwiach staje mężczyzna w podeszłym wieku. Próbuję wyglądać pewnie, ale sama wiem, że to mi nie wychodzi. Nieznajomy podchodzi bliżej biurka, a ja podnoszę się z fotela i podaję mu swoją dłoń - gram odważną i pewną siebie bizneswomen. 
- Violetta Catillo - mówię.
- Jacob Carolls - odpowiada i chwyta moją dłoń. Cała się spinam, ale powinnam powoli się do tego przyzwyczajać. Przecież nie każdy mężczyzna ma w głowie jedno, prawda? 
W myślach modlę się o zakończenie się tego spotkania.

Ku mojemu zdziwieniu, nie trwa ono dłużej niż 30 min. Mężczyzna okazuje się być bardzo miły. Wypytuje o mnie, mojego brata i rodziców. Dowiaduję się też, że jest bliskim przyjacielem mojego ojca, co utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mam się czym przejmować. Przynajmniej nie aż tak bardzo, jak zazwyczaj bym to robiła. Uzgadniamy również warunki współpracy.
- Jesteś naprawdę dobra w tej branży - chwali mnie, kiedy oboje stoimy przy drzwiach, żegnając się. 
- Dziękuję - uśmiecham się w miarę miło.
- Twój ojciec podjął dobrą decyzję, a jemu należy się już emerytura - dopowiada - Do widzenia Violetto.
- Do widzenia - odpowiadam i zamykam za nim drzwi. Opieram się o nie plecami i głęboko oddycham - Chyba było dobrze - mruczę i siadam w fotelu. 
Nagle słyszę pukanie do drzwi. Mruczę "proszę", a w drzwiach pojawia się Noah z wielkim uśmiecham na twarzy. Ten mężczyzna zaraża pozytywną energią, bo sama się uśmiecham.
- No i jak było? - pyta, siadając na kanapie, tam gdzie ostatnio.
- Chyba całkiem dobrze. Pochwalił mnie oraz uzgodniliśmy warunki współpracy.
- To świetnie! - klaszcze radośnie w dłonie. Co za niesamowity człowiek...
- Co teraz? - pytam radośnie i biorę łyka herbaty, przyniesionej przez Mię kilka chwil temu.
- Zaraz przyjdzie pan Verdas, z którym idziesz na konferencję - ogłasza, a mi z twarzy znika uśmiech. Zaczyna mnie boleć brzuch, a ręce zaczynają się trząść. Biorę parę głębokich wdechów i próbuje się uspokoić. To jednak nie skutkuje, ponieważ Leon Veras kojarz mi się jedynie źle. Plus jest mężczyzną, co w ogóle wywołuje u mnie panikę. 
- Wszystko w porządku? - z rozmyślań wyrywa mnie głos Noah. 
- Ta - mruczę zamyślona i przestraszona zarazem.
- Może pójdziemy na lunch razem? Co o tym myślisz szefowo? - pyta.
- Nie nazywaj mnie tak - mówię uśmiechnięta.
- Dlaczego? - wytrzeszcza śmiesznie oczy, dlatego też zaczynam się śmiać.
- Bo czuję się staro! 
- Oj tam! - macha przed sobą ręką, jakby odganiał jakąś muchę - No więc?
- Myślę, że z chęcią - przyznaje, na co on ponownie klaszcze w dłonie. 
Rozmawiamy, a raczej śmiejemy się jeszcze chwilę, póki nie słyszymy donośnego pukania w drzwi. Cała zamieram, a Noah przygląda mi się z zaciekawieniem.
- Proszę - odpowiadam trzęsącym się głosem. 
Zaraz potem moim oczom ukazuje się szatyn, ubrany w ciemny garnitur, który idealnie na nim leży. Od razu czuje jego wodę kolońską, którą pamiętam z naszego ostatniego spotkania. Przygląda się mi i mojemu asystentowi.
- Czy to nie jest nieodpowiednie zachowanie? - tak własnie nas wita.
- Nie wiem co ma pan na myśli - odzywa się Noah, a ja jestem mu wdzięczna.
- Nie ma pan co robić? - pyta Verdas.
- Oczywiście, że mam - prycha.
- No więc proszę się tym zająć, a nie zabawiać się z szefową - syczy, a ostatnie słowo wypowiada pogardliwie. Od razu wszystkiego mi się odechciewa. 
- Z tego co pamiętam nie jest pan moim szefem - pyskuje asystent.
- Noah, idź już - mówię to, gdyż nie chcę jeszcze bardziej zdenerwować Verdasa.
- Już mnie nie ma - żegna się i wychodzi.
Przez moment Verdas wypala we mnie dziurę swoim wzrokiem, dlatego też głośno przełykam ślinę. Zaraz potem podnoszę się z fotela i chwytam teczki znajdujące się na drewnianym biurku. Potem zmierzam w kierunku wyjścia.
- To jest nieprofesjonalne - mówi w końcu, kiedy trzymam klamkę. Obracam się do niego i spotykam zielone tęczówki. 
- O czym pan mówi?
- O tym, co przed chwilą zastałem.
- Nie widzę w tym nic złego - odpowiadam, topiąc się pod jego okropnym spojrzeniem. Wiem, że jeśli dłużej tam postoję, mogę spanikować i uciec.
- Ja wręcz przeciwnie - burczy pod nosem.
- Nie obchodzi mnie pańska opinia - rzucam i wychodzę. 
Idąc przez korytarz czuję jego obecność za sobą. Cholernie się krępuję, a serce od kilkunastu minut bije niezmiernie szybko. Wiele osób się ze mną wita, a ja jestem tak zestresowana, że jedynie mogę kiwnąć głową. 
Gdy pociągam za klamkę drzwi do sali konferencyjnej biorę głęboki wdech, a potem wydech. 
- Zamierza pani otworzyć te drzwi, czy postoimy sobie jeszcze kilka minut? 
Na ton jego głosu znacznie się wzdrygam. Szybko więc pociągam za klamkę i wchodzę do pomieszczenia. Wszyscy już tam są, a kiedy mnie widzą, podnoszą się z foteli. Zajmuję miejsce w najbardziej widocznym miejscu przy stole. Na moje nieszczęście Verdas siada tuż obok mnie. Próbuję ignorować jego obecność, ale słabo mi to wychodzi. 
- Witam wszystkich - mówię donośnie, by każdy mnie usłyszał. 

Podczas konferencji ustalam zasady panujące w firmie, słucham każdego, kto zabiera głos. Następnie przechodzimy do celu konferencji, czyli nowego projektu stadionu. Rozdzielam stanowiska i terminy realizacji projektów. Podczas tego, niejednokrotnie słyszę prychniecie szatyna siedzącego obok mnie. Za każdym razem się wzdrygam. Nerwowo uderzam stopą w podłogę, czekając na zakończenie męczarni w towarzystwie Leona.
Kiedy konferencja się kończy, niektórzy podchodzą do mnie z gratulacjami lub pochwałami. Kiedy wszyscy opuszczają salę, na moje szczęście, Verdas również, robię to i ja. Wracam do swojego gabinetu i odkładam dokumenty. Odbieram też telefon od ojca, któremu zdaję relację z minionych spotkań. Zaraz potem razem z Noah wychodzimy na lunch do pobliskiej restauracji. 
- I jak konferencja? - pyta, kiedy złożone zostało zamówienie. 
- Dobrze - odpowiadam.
- Mogę cie o coś spytać? 
- Jasne - mówię wesoło.
- Co jest między tobą a Verdasem?
- Lubisz ploteczki, co? - pytam śmiejąc się.
- Tak, ale teraz pytam całkowicie poważnie - przygryzam wnętrze policzków po jego wypowiedzi. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o wszystkim.
- Nie zbyt się lubimy - przyznaje w końcu.
- Da się zauważyć, kochana - prycha rozbawiony - Ale co się między wami stało?
- Chodzi o to, że wczoraj wparował do mojego biura i zaczął się rzucać. Nie byłam mu dłużna, oczywiście. Potem był ten bal, na którym ponownie go spotkałam. 
- I tyle? 
- Przekonany jest, że sobie nie poradzę. Uważa, że jestem za słaba na tą branżę - przyznaję niepewnie. Boję się, że Noah może to potwierdzić.
- On chyba zdurniał - odzywa się mężczyzna, a ja obdarzam go radosnym uśmiechem - Nadajesz się do tego jak nikt inny. Masz to w krwi, kochanie!
- Dzięki Noah, jesteś świetny - przyznaję.
- Przecież dobrze o tym wiem - mruga do mnie, a ja przewracam oczami. 
Lunch mija bardzo szybko, ale i w zabawnej atmosferze. 
Gdy jesteśmy już w biurze, rozdzielamy się. Ponownie siadam w wygodnym fotelu i głęboko oddycham. Bardzo dobrze wiem, że zaraz przyjdzie Verdas. 
Nim się oglądam, szatyn wchodzi do gabinetu bez pukania.
- Puka się - myślę, bo przecież nie jestem na tyle odważa, by powiedzieć mu to w twarz. A może jednak?
Mężczyzna siada na kanapie i wyczekująco na mnie patrzy.
- Mogłaby pani tu usiąść? - odzywa się niemiło. Czuję lęk i odrazę względem jego osoby.
Podnoszę się z fotela i z gracją siadam obok niego. 
- Spotkała się pani z prezesem z Kanady, prawda? - jego głos jest szalenie oschły. Nawet na mnie nie patrzy, więc ja również tego nie robię.
- Tak, uzgodniliśmy warunki współpracy - odpowiadam.
- Może mi pani pokazać te warunki? 
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby - prycham i jeszcze bardziej odsuwam się od niego. On to zauważa i z komicznym spojrzeniem na mnie spogląda.
- Przecież pani nie ugryzę - to go oczywiście bawi. Nie zna prawdziwych powodów mojego zachowania, a z pewnością pochopnie mnie ocenia. 
- Wolę mieć się na baczności - mówię nieprzyjemnie. 
- Pokaże mi pani te warunki?
- Nie, ponieważ uważam, że wszystko w nich jest perfekcyjne. Dobrze wiem, że chce pan mnie sprawdzać i szukać choćby najmniejszego błędu, nie jestem głupia - syczę, zniesmaczona przystojnym dupkiem. 
- Nie mam takich zamiarów - zapewnia, na co ja przewracam oczami. Mężczyzna wzdycha ciężko, a następnie wyjmuje jakąś umowę - To umowa sprzedaży pewnego placu, który należał do pewnego urzędnika. W planach jest wybudowanie tam wieżowca. 
- Można wiedzieć kto podjął taką decyzję? 
- Ja - odpowiada nieskromnie. 
- Nie zgadzam się na to - wstaję i siadam na fotelu.
- Słucham?! - podnosi głos, a ja się wzdrygam i przymykam na kilka sekund powieki. 
- Nie zgadzam się na to! Uważam, że powinniśmy zrobić tam park, a nie zabudowywać piękną okolicę.
- Oszalała pani?! - zaczynamy się kłócić, a ja już myślałam, że dziś obejdzie się bez tego.
- Nie oszalałam. A poza tym, to ja podejmuję ostateczną decyzję, nie pan! 
Gwałtownie podnosi się z miejsca i rzuca teczką na biurko. Nie powiem, jestem lekko przerażona. Opiera się rękoma o mebel i patrzy na mnie tymi swoimi oczami. Kipi w nich złość, a ja jestem tego  powodem. 
Głośno przełykam ślinę i delikatnie się odsuwam, kiedy on się nachyla.
- Wiedziałem, że współpraca z panią będzie trudna, ale nie, że aż tak - syczy przez zaciśnięte zęby.
- Uważam bardzo podobnie - komentuję. 
Uderza pięścią w stół, na co ja aż podskakuję na krześle biurowym. On najprawdopodobniej zauważa to i prostuje się.
- Boi się mnie pani? - pyta trochę spokojniej, ale mogę wyczuć kpinę. Przygryzam wargę, bo nie wiem co mam odpowiedzieć. Boję się go, tak, to prawda. Ale nie mogę tego przyznać, bo zostanę wyśmiana - Co do tego, co stało się na balu - zaczyna. Patrzę na niego zdezorientowana - Chodzi mi o to, że złapałem panią za nadgarstek - tłumaczy, a ja czuję, jak blednę. 
- Nie ma o czym rozmawiać - mruczę.
- Mam nadzieję, że nic się pani nie stało. Wglądała pani na przerażoną - opowiada, a ja mam chęć zatknięcia uszu. Tak bardzo chcę, żeby przestał. Podczas jego wypowiedzi wszystkie wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą, a ja mam chęć jedynie płakać. 
- Niech pan stąd już idzie. Wszystko jest w porządku - stać mnie jedynie na tyle. Zaraz potem on wychodzi i zostawia mnie samą, roztrzęsioną. 
Czym prędzej zbieram wszystkie swoje rzeczy. Skinieniem głowy żegnam się z Noah i wychodzę. Pragnę uciec od niego jak najdalej. Od niego i wszystkich mężczyzn.






♥

Hej!

Ola powraca :P
Co prawda, nie jestem jeszcze w 100% przekonana, ale piszę ;)

Dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Komentowały osoby, które nigdy tego nie robiły. A to mnie na prawdę cieszy ♥

Mam nadzieję, że rozdział 3 się Wam spodobał. 

Napiszcie mi swoją opinię na temat tego rozdziału, jak i całego nowego opowiadania w komentarzu. Byłabym ogromnie wdzięczna :D

Nie wiem czy zauważyliście, ale blog przybrał trochę inny wygląd. W sumie, jest tu dość minimalistycznie, czyli tak jak lubię xD
Zaktualizowałam też zakładki, więc serdecznie zapraszam!

Mam nadzieję, do następnego
Ola :*


środa, 25 maja 2016

To koniec?





Hej?

Dość długo mnie to nie było. Zniknęłam bez zapowiedzi, o ile kogokolwiek to obchodzi. Nie było mnie 3 tygodnie. W sumie nie jest to dużo, jednak jeśli starałam się pisać systematycznie... Wydaje się to być dość długim okresem. 

Dlaczego mnie nie było? 
Cóż, życie pochłonęło mnie doszczętnie. Zbliża się koniec roku. W sumie, nie mam już dużo do zrobienia w szkole. Jednak ostatni czas był lekko mówiąc, okropny.
***
Chciałam dodawać rozdziały, ale nie byłam i wciąż nie jestem już tak zmotywowana jak wcześniej. Nie wiem dlaczego. Może pomysł na blog był złym pomysłem? Nie, raczej nie :P
Chyba 

Myślę, że musiałam też trochę odpocząć. Nie chciałam robić niczego na siłę, bo wtedy nie jest się zadowolonym z efektu. 

Co teraz? 

Hmn.. Przez okres przerwy trochę myślałam. Szczerze, nie wymyśliłam zbyt wiele. 
Zastanawiałam się, czy po tej dłuższej przerwie, ktokolwiek jeszcze tu będzie, czy jest ktoś, dla kogo będę mogła pisać.
Wciąż nie znam odpowiedzi. 

Rozmyślałam też nad zakończeniem mojej przygody z blogiem. Nadal to rozważam. Chociaż bardzo ciężko jest to zrobić. Poświęciłam dość sporo czasu :(

Postanowiłam dać sobie czas. Sobie i Wam ;)

Jeśli ktoś tutaj jest i przeczytał to oraz chciałby, bym dalej coś pisała...
Daj znać w komentarzu :)
Wówczas najprawdopodobniej zbiorę w sobie siły i wrócę z rozdziałem lub... czymkolwiek.
Myślę, że albo dalej będę ciągnęła tą nową historię albo będzie to blog tylko i wyłącznie z OS. Pomyślę.
Jeżeli jednak się poddam, że tak powiem, to jest już koniec.
W każdym bądź razie. Dziękuję za obecność i wsparcie, za każdy komentarz. Jesteście wielcy ♥ Nie spodziewałam się, że przyjmiecie mnie do świata blogów tak dobrze.

Dziękuję ;)

Do zobaczenia/ Żegnajcie

Kocham Was!

Aleksandra :)

Dajcie znać w komentarzu!
O ile ktoś jeszcze tu jest ;)

sobota, 7 maja 2016

One Shot "Nauczyć się jej od nowa"







One Shot dedykuję wszystkim czytelnikom. 
Dziękuję, że jesteście ♥
Na początku chciałam powiedzieć, że OS jest w pewien sposób dla mnie ważny, naprawdę ważny.
Można powiedzieć, że jest też oparty na faktach...
Nie przedłużając...
Miłej lektury
♥


Wracam z siłowni. Pociągam za klamkę drzwi wejściowych. Zastaję dobrze mi znaną cisze i ciemność. Rzucam z hukiem torbę na podłogę z nadzieją, że może to zwróci jej uwagę. Wchodzę do kuchni, nalewam szklankę wody i opieram się o blat. Siedzi przy stole i zacięcie klika w klawiaturę swojego laptopa. Z resztą, tak jak zawsze po pracy. Z chęcią wypieprzyłbym ten laptop przez okno. Zrobiłbym to, jeżeli w ten sposób obdarowałaby mnie jednym spojrzeniem. 
Ona jednak nie zwraca na mnie uwagi, pomimo tego, że szamotam się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Z gotową kolacją siadam przy stole, na przeciwko niej. 
Kolejna nadzieja, że na mnie spojrzy.
Kolejny raz się zawiodłem.
 Przełykam ostatni kęs i popijam chłodną herbatą. 
- Jak minął ci dzień? - pytam, byle o czymś mówić. Mam serdecznie dość tej przytłaczającej ciszy.
- Znośnie - odpowiada na odczepnego. Nawet na mnie nie patrzy. 
Jej wzrok skupiony jest w ekranie laptopa. Te jej piękne, brązowe tęczówki, które z pewnością straciły swój blask od natłoku pracy. 
Wzdycham cicho i wstaję. Zmywam po sobie i zmierzam w stronę łazienki. Po odprężającym prysznicu wychodzę z zaparowanego pomieszczenia. W mieszkaniu panuje mrok. Mam nadzieję, że poszła już spać, że może dzisiaj się do niej przytulę. Tak jak było to kiedyś. 
Moje plany legną w gruzach, kiedy zaglądam do kuchni i widzę ją. Wciąż wpatrzona w ekran.
Idę do sypialni, zamykam za sobą drzwi i włączam telewizor. Kładę się na łóżku i owijam kołdrą. Na chwile spoglądam na miejsce obok mnie. Puste miejsce. Przymykam powieki i budzę w sobie nadzieję na lepsze jutro. 
Oglądam jakieś bezsensowne seriale, byle się czymś zająć i znudzić. Ile bym dał za to, żeby ona leżała tu ze mną i wtulona we mnie, śmiała się z idiotycznych tekstów aktorów. 
Marzenie...
Dostatecznie znudzony wyłączam telewizor i układam się wygodniej na materacu. Mijają minuty. Kwadrans. Wtem słyszę kroki i dźwięk otwieranych drzwi. Następnie czuję, jak materac obok mnie się ugina. To ona. 
Potem czuję jej delikatne usta na swoim policzku. Robi to codziennie, bo myśli, że śpię.
Tak wygląda nasza codzienność. 


Kolejny dzień, kolejna pieprzona monotonia. Bardzo często mam chęć wykrzyczeć jej wszystko w twarz. To, że przez nią nasze małżeństwo opiera się na mieszkaniu razem i niczym więcej, że już nie pamiętam kiedy ostatni raz się namiętnie całowaliśmy, nie mówiąc już o większych zbliżeniach. Jednak nie mogę tego zrobić, ponieważ pamiętam, jak bardzo zależało jej na tej pracy. To przecież było jej marzenie. A moje marzenia? Moje marzenie o domu pełnym miłości i gwaru? Co z nim? 

Tak jak co wieczór leżę wpatrzony w ekran telewizora. Ona, jak zawsze siedzi w kuchni lub na kanapie i pisze kolejny artykuł. 
Jestem z niej dumny, bo spełnia się zawodowo. Były bym dumny jeszcze bardziej, gdyby przez to, nie sypało się nasze małżeństwo. Głośno wzdycham i wyłączam telewizor. Po 15 minutach przychodzi moja żona i tak jak zawsze, całuje mnie w policzek. 
Z wielką chęcią objąłbym ją w talii i przyciągnął do siebie. Jednak coś mi na to nie pozwala. Czuję wewnętrzną blokadę. Z ogromną chęcią szeptałbym jej czułe słówka, ale nie mogę. Czy ja już po prostu straciłem nadzieję? A może boję się, że nie odpowie mi tym samym? 
Pocieram palcem moją obrączkę. Znak naszej miłości. Miłości, którą wyznaliśmy sobie przed ołtarzem, która przecież miała być wieczna. Czuję, że obrączka zaczyna mi ciążyć. Dlaczego? To przez Violettę? A może przez czas spędzony bez niej? 
Ja jednak wciąż kocham moją żonę. Kocham i będę kochać do końca życia, tak jak obiecałem.
Przymykam oczy i odpływam w niespokojny sen.

Kolejnego dnia postanawiam odwiedzić moich rodziców. Chociaż u nich mogę zapomnieć o problemach, poczuć się jak dziecko, którego jedynym kłopotem jest to, że dostało złą ocenę. 
Podczas obiadu nie odzywam się ani słowem. Chciałem uciec, a nie uciekłem. Wciąż jestem pogrążony w myślach o mojej żonie. 
- Leonie, czy ty w ogóle mnie słuchasz? - słyszę głos matki.
- Przepraszam, zamyśliłem się - tłumaczę. Spoglądam na rodziców. Oni są idealnym małżeństwem. Zawsze razem, wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni.
Kiedy mama idzie do kuchni, ojciec proponuje mi spacer. Z chęcią się zgadzam.

Na początku nic nie mówimy. Po prostu idziemy. 
- Co się dzieje synu? 
Wdycham ciężko, ponieważ nie wiem, czy powinienem zamartwiać go swoimi problemami. 
- Ja i Violetta przechodzimy trudny okres - przyznaję i spuszczam wzrok na ziemie.
- Co dokładnie się dzieje?
- Wszystko! - zaczynam się denerwować - Ja powoli tracę siły.
- Synu... - zaczął, jednak przerwał mi dzwonek mojego telefonu. 
- To Violetta, muszę odebrać - mamroczę pod nosem i odbieram - Halo?
- Leon, przyjedź proszę do domu - mówi słodko. Mimowolnie się uśmiecham. A może nie wszystko stracone? 
- Już jadę - odpowiadam.
Szybko żegnam się z rodzicami i cały w skowronkach jadę do żony. 

Gdy jestem w domu, zaczynam szukać Violetty.
- W sypialni - słyszę jej głos. Zmierzam w tamtym kierunku. Po otwarciu drzwi spostrzegam żonę. Ubrana w krótką sukienkę i wysokie szpilki stoi przed lustrem i maluje usta. 
- Gdzieś wychodzimy? - pytam zaskoczony jej strojem.
- Nie my, tylko ja - odpowiada, a mi znika z twarzy uśmiech.
- Gdzie? - rzucam oschle.
- Na przyjęcie organizowane przez redakcję - tłumaczy - Chciałabym, żebyś mnie tam zawiózł.
Stoję oparty o ścianę. Przymykam oczy, by się uspokoić.
- Idziemy? - słyszę głos Violetty. Otwieram powieki i patrzę na kobietę mojego życia.
- Ta - prycham i zmierzam ku wyjściu.

Jedziemy w ciszy. Ona zachowuje się, jakby kompletnie nie zauważyła, że nasze małżeństwo się sypie. A to mnie szalenie wkurwia.
- To tu - słyszę i zatrzymuję auto. Spoglądam na nią. Ona patrzy na mnie... Tak dawno tego nie robiliśmy. To absurdalne, że tak dawno patrzyliśmy sobie w oczy. 
- Nie czekaj na mnie - mówi i pociąga za klamkę.
Miałem nadzieję, że mnie pocałuje, albo chociaż się uśmiechnie. Nic z tych rzeczy.
Wyglądam przez okno i widzę jak podchodzi do jakiegoś faceta i całuje go w policzek na powitanie. On kładzie swoją dłoń na jej talii i razem wchodzą do środka. 
Co to ma być?! Czy ona ma romans? 
Mocno uderzam pięścią w kierownicę. Nie wiem co robić. Mam dość tego, że ona ma mnie w dupie. 

Byliśmy tacy szczęśliwi. Nie umiem opisać jak bardzo pragnę wrócić do czasów, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Gdy nie liczyło się nic oprócz nas samych. 
Z tymi myślami zasypiam. 
Budzę się o 10.00. To oznacza, że mojej żony już dawno nie ma. Wykonuję wszystkie poranne czynności i wychodzę. Rutyna. 
Wracam do domu padnięty, głodny i spragniony... spragniony miłości. Jestem też wkurwiony o zaistniałą wczoraj sytuację. 
W salonie zastaję żonę. Witamy się mrucząc pod nosem " cześć", następnie idę do kuchni. Spostrzegam karton po pizzy. Muszę się jednak obejść ze smakiem, bo pudełko jest puste. Jestem zdenerwowany, a zapach palącej się świecy mnie jeszcze bardziej irytuje. Jednym podmuchem ją gaszę. Nagle obok mnie pojawia się Violetta. 
- Co robisz? - pyta z wyrzutem. Patrzę na nią z uniesioną brwią.
- Nie zostawiłaś mi nawet kawałka pizzy - stwierdzam, na co ona prycha pod nosem.
- Leon, podoba mi się zapach tej świecy - ciągnie, coraz bardziej mnie denerwując. Chodzę po szafkach i szukam czegoś, co może być moją kolacją. 
- Ale mi nie - odpowiadam szybko - Nie zostawiłaś mi kolacji? 
- Myślałam, że zajedziesz do rodziców - przyznaje Violetta. 
- Nie przyszło ci do głowy, że ja też muszę jeść?! - podnoszę głos i zaczynam gestykulować. 
- Gdybyś normalnie ze mną rozmawiał - kontynuuje, a ja już nie wytrzymuje.
- Czy ty wszystko musisz komplikować? To nie ja siedzę całymi dniami przed laptopem! 
- Ktoś musi na nas zarabiać! - krzyczy. Podchodzę do niej i łapie ją za ramiona, na co delikatnie się krzywi.
- Kim był ten mężczyzna, z którym wczoraj byłaś na przyjęciu?! - przez chwilę milczy, jednak potem odpowiada.
- To jest Tom! A co cię to w ogóle obchodzi?
- Obchodzi mnie to, bo do cholery jesteś moją żoną! - krzyczę - Violetta, co się z tobą dzieje?
- Puść mnie - syczy.
- Violetta
- Puść! - wyrywa się z mojego mocnego uścisku i wybiega do sypialni, trzaskając za sobą drzwiami. 
Bezsilnie opadam na ziemie. To nie jest nasza pierwsza kłótnia. Każda wygląda tak samo. Sprzeczamy się o błahe sprawy. Jednak ja, z każdą z nich czuję się coraz bardziej słabszy i bezradny. 




Tej nocy śpię na kanapie. 
Budzę się, kiedy słyszę trzask dochodzący z kuchni. Szybko się zrywam i zmierzam w kierunku źródła hałasu. 
W kuchni zastaję Violettę, która klęczy na ziemi i zbiera szkło.
- Co się stało? - pytam i kucam obok niej.
- Nic - mówi na odczepnego i wstaje. 
Mam wrażenie, że ten dzień źle się zaczął. A najgorsze dopiero nadciąga. 
- Leon - zaczyna, obrócona do mnie tyłem. Podchodzę do niej i przyglądam się jej idealnej sylwetce. 
- Tak? - odpowiadam obojętnie.
- Mam dość. Chce rozwodu - mówi, a potem wychodzi, zostawiając mnie sparaliżowanego. 
To nie dzieje się naprawdę.

Czym prędzej wychodzę z domu i jadę do rodziców. Tam zastaję jedynie tatę. Może i lepiej, nie chcę zamartwiać mamy. 
- Leon, powiedz coś - zaczyna tata, kiedy od 15 minut bezczynnie siedzimy na kanapie. 
- Ona chce rozwodu, tato - mówię głosem pełnym żalu i smutku.
Violetta jest moim światem. Liczy się tylko ona, a teraz chce odejść. 
- Czy chcesz uratować swoje małżeństwo?
- Oczywiście, że tak - odpowiadam - Ale ja nie mogę niczego zrobić sam. To, że moje małżeństwo się rozpada, nie jest wyłącznie moją winą!
- Pomogę ci - ogłasza spokojnie ojciec.
- Jak? Co mogę zrobić?!
Nagle mężczyzna wstaje i podchodzi do regału pełnego książek. Wyciąga jedną z nich i mi ją podaje. 
- Co to? 
- To wam pomoże - tłumaczy - Ten dziennik uratował moje małżeństwo, twoje też uratuje. Musicie dać sobie więcej czasu.
Następnie wychodzi, zostawiając mnie samego. Czym prędzej otwieram książkę i kartkuję strony. To jakiś notatnik. 

Dzień 1
Przez cały dzień powstrzymaj się od niegrzecznych uwag w stosunku do żony. Czasem lepiej nie mówić nic, niż później tego żałować.

Wzdycham ciężko i wracam do domu. 
Wieczorem spotykam żonę w kuchni. Stoi i zaparza sobie herbatę. Właśnie wróciłem z siłowni.
- Mogłabyś to zanieść do pralni chemicznej? - pytam, wskazując na strój do ćwiczeń.
- Leon, masz dzień wolnego, sam możesz to zrobić - odpowiada i wymija mnie w drzwiach. Już mam chęć powiedzieć, że obok budynku, w którym pracuje jest pralnia, ale postanawiam ugryźć się w język, według tego, co napisane jest w dzienniku. Siadam na kanapie i wyciągam z szafki dziennik. 

Dzień 2
Dziś okaż żonie dodatkowo jeden troskliwy gest, jako przejaw twojej troskliwości względem niej. 

Postanawiam wstać wcześniej, by zrobić dla Violetty kawę. Tak oto czekam, aż wyjdzie z łazienki. Kiedy się już to dzieje, wchodzi do kuchni.
- Zrobiłem ci kawę - mówię powoli. Ona jednak nawet na mnie nie patrzy.
- Nie mam czasu na kawę - rzuca i wychodzi z pomieszczenia. 
Targają mną emocje. Mam chęć rozbić ten kubek o ścianę. Jak ona tak może!? 
Dzień mija mi jak każdy poprzedni. Przepełniony rutyną i monotonnością.

Kolejnego dnia, kiedy jeszcze Violetta śpi wstaję i zmierzam w kierunku salonu, gdzie zostawiłem dziennik. Mam zamiar przeczytać kolejną, szalenie mądrą wskazówkę na dzisiejszy dzień. Szczerze mówiąc, uważam, że jest to jedna, wielka pomyłka. Nie widzę w tym sensu, ale obiecałem ojcu.

Dzień 3
Dziś powstrzymaj się od niegrzecznych uwag i kup żonie prezent, świadczący o tym, że o niej myślałeś. 

- Że co proszę? - mówię do siebie. 
To wszystko jest jakieś nieludzkie. Ona mną pomiata, a ja mam jej kupić prezent? 
Postanawiam jednak szybko pójść do pobliskiej kwiaciarni. Gdy wracam do domu, żona jeszcze śpi. Wstawiam kwiaty w wazon i wychodzę do pracy. 
Gdy wracam, widzę, że kwiatów nie ma na stole. Uśmiecham się do siebie. Może jej się spodobały? 
Moja nadzieja znika, kiedy wchodząc do kuchni zauważam je w koszu na śmieci. Ten dziennik sprawia, że coraz bardziej zniechęcam się do Violetty. A mamy przecież się do siebie zbliżyć!

Tej nocy moja żona postanawia nie wracać do domu. Nie mam pojęcia co się z nią dzieje. Ale najgorsze jest to, że coraz mniej mnie to obchodzi...




Następnego ranka po raz kolejny czytam "złote myśli", które coraz bardziej oddalają mnie od żony.

Dzień 4
Dzisiaj zatroszcz się o nią i sprawdź, czy niczego nie potrzebuje.

Tak jak co dzień, wpis w dzienniku wywołuje u mnie negatywne emocje. Nie wierzę, że to naprawi naszą relację. Ale teraz chyba już nic nie może nam zaszkodzić. Może być gorzej?
Violetta nie wróciła na noc do domu, co może być dobrym pretekstem do zadzwonienia. Tak też robię.

- Halo? - odbiera po kilku sygnałach.
- Cześć Vilu - staram się być miły.
- Po co dzwonisz? 
- Chcę się spytać, gdzie jesteś i czy czegoś potrzebujesz? - tłumaczę. Przez dłuższą chwilę milczy. Pewnie jest to dla niej równie dziwne, co dla mnie. 
- Co jest? - syczy - Czego chcesz? Nigdy się o to nie pytałeś.
- Niczego nie chce. Chyba mogę zadzwonić do żony w tak błahej sprawie?

Nasza rozmowa nie trwa długo. Rozmowa? To raczej wymiana zdań. 
Wdycham i wychodzę do pracy. 
Gdy wracam, Violetta siedzi przy laptopie w kuchni.
- Nie nabierzesz mnie na to - syczy pod nosem. Obracam się w jej stronę. 
- O czym ty mówisz? 
- Myślisz, że tymi kwiatkami i telefonami coś zmienisz? - zadaje pytanie retoryczne - Mylisz się! Z naszego majątku zabiorę co moje! Nie próbuj mydlić mi oczu Leon! 
Wypowiadając ostatnie zdanie podnosi się z krzesła i podchodzi blisko mnie. 
- To żałosne - mówi patrząc mi w oczy.
- Żałosne jest to, że sądzisz, że nie jestem w stanie zrobić dla ciebie nic miłego. Oskarżasz mnie, a w tych gestach nie o to mi chodziło do cholery!
- Daruj sobie - rzuca i wychodzi z kuchni.
Kolejna kłótnia zaliczona, brawo. Mam ochotę coś rozwalić. Mam dość. Dziennik ma mi pomóc, a z dnia na dzień jest gorzej.
Postanawiam zadzwonić do ojca, wyżalić się mu.
- Tato - mówię, gdy odbiera - To nie ma sensu,
- Co nie ma sensu Leonie?
- Ta cała szopka. To nie działa, a robię wszystko według rozpisek.
- Wydaje mi się, że nie robisz wystarczająco dużo - przyznaje - Mam rację?
Cicho wzdycham. Dlaczego on mnie tak dobrze zna?
- Na nią to nie działa, tato.
- Nie wycofuj się. Dasz radę - mówi - Próbuj dalej i pamiętaj, że ja i mam cie kochamy.
- Wiem, ja też was kocham.
Przymykam oczy i chowam twarz w dłoniach, kiedy się rozłączam. Jak mam starać się bardziej, jeżeli nie widzę rezultatów?!


Tak mijają kolejne dni. Dni mijają, a jej serce wciąż ani drgnie. Dopiero teraz dostrzegam, że do robienia czegoś potrzebujemy motywacji. Potrzebujemy wsparcia, głupiego słowa pochwały, który umocni nas w wykonywanej czynności. 
Dnia 9 miałem sprawić u niej uśmiech, co oczywiście mi nie wyszło.Podczas 13 powinienem odwiedzić ją w pracy, pokazać zainteresowanie jej osobą. 17 dnia musiałem jej słuchać. Dziś jest dzień 18.
Dzień 18
Kiedy mężczyzna chce zdobyć kobietę, uczy się jej. Co lubi jeść, robić. Czego nie znosi, a co kocha. Jednak gdy już zdobędzie jej serce, przestaje się edukować. Jest to błąd. Nauka o niej trwa przez całe życie. To jedna wielka podróż, która zbliża twoje serce do jej serca. Dziś musisz nauczyć się jej od nowa"
Postanawiam zrobić romantyczną kolację przy świecach. By nie spalić lub źle doprawić jedzenia, zamawiam je w pobliskiej restauracji. Ale liczy się gest, prawda? 
Spoglądam w lustro. Widzę tego samego mężczyznę co kilka lat temu, na początku małżeństwa. Jednak coś się zmieniło. Ten mężczyzna nie ma już do kogo wracać po pracy, stracił nadzieję i żonę. 
Nagle słyszę trzask drzwi i uderzanie obcasów o panele. Po chwili moja piękna żona wchodzi do kuchni, w której na środku stoi pięknie zastawiony stół.
Uśmiecham się do niej delikatnie. Ona ma za to grobową minę. Wtem zaczyna się wycofywać i ucieka do sypialni. 
Zaraz potem wraca i mówi słowa, które wywołują łzy.
- Wyjaśnijmy sobie coś - zaczyna ostro.
- O czym ty mówisz? 
- Nie kocham cie - syczy i wychodzi. Przez dłuższą chwilę wpatruję się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. To nie może być prawda. Błagam, nie...
Wychodzę z domu. Przemierzam ulice Londynu. Mijam zakochane pary, a mi do oczu cisnął się łzy. Gdzie się podziała Violetta, która znam i kocham?
- Synu - mówi ojciec, kiedy odbiera mój telefon.
- Mam dość. To koniec. Próbowałem, ale bez skutku.
- Rozumiem cie, ale jesteś w połowie drogi Leon - mówi spokojnie i ciepło - Nie możesz kierować się emocjami. Ten dziennik pomógł mi i twojej matce.
- Przecież wiem, tylko ty miałeś nadzieję, a ja nie mam już nic - wyznaję smutno.
- Leon, jutro do ciebie przyjadę. Musimy porozmawiać.




Następnego dnia budzę się o 9.00. Violetty już dawno nie ma. Wtem rozlega się pukanie do drzwi. Wstaję z kanapy, na której przespałem kilka ostatnich nocy i otwieram drzwi. Widzę ojca, którego zaraz potem tulę.
Zapraszam go do środka, zaparzam herbatę i siadam obok niego.
- Na którym dniu jesteś? 
- 19 - odpowiadam.
- Połowa była najtrudniejsza - mówi jakby do siebie.
- Dlaczego?
- Wówczas przekonujesz się o tym, że szalenie ci zależy - tłumaczy. 
- Na Vilu to nie działa. Z mamą też było tak trudno? - pytam, a ojciec uśmiecha się do siebie.
- Ona była bardziej pozytywnie nastawiona.
- Nie to co moja żona - szepczę.
- Synu, za co masz żal do Violetty?
- Jest uparta, potwornie uparta. Utrudnia praktycznie wszystko. Wiecznie narzeka, jest nieznośna do cholery! - podnoszę głos i chowam twarz w dłoniach.
- Podziękowała ci za coś w ostatnim czasie?
- Nie! - krzyczę - Myślałem, że zrobi to, gdy posprzątam dom, zrobię pranie... Jednak się nie doczekałem! - wypuszczam powietrze - Od pieprzonych 3 tygodni próbuję pokazać jej, jak bardzo mi na niej zależy, a ona pluje mi w twarz!
- Synu..
- Ja nie zasługuję na takie traktowanie! Jak mogę kochać kogoś, kto mnie odrzuca?
- Leon - zaczyna - Nie możesz jej kochać, bo nie dasz jej tego, czego sam nie masz. Nie mogłem naprawdę kochać twojej matki, nim nie dowiedziałem się, czym naprawdę jest miłość. Nie oczekuj za miłość nagrody. Musisz kochać, nawet jeśli będzie cie obrażać i pluć w twarz. 
- Nie rozumiem.
- Żeby kogoś kochać, musisz nauczyć się kochać bezwarunkowo.
Potem rozmawiamy o mniej istotnych sprawach. Po dwóch godzinach ojciec wychodzi i zostawia mnie samego.
Siadam przy laptopie i przeglądam strony internetowe. Wtem wyskakuje mi okienko, na którym pokazana jest skąpo ubrana kobieta. Nad nią widnieje napis "Poznajmy się bliżej". Przez długą chwilę wpatruję się w nią. Zaraz potem mimowolnie najeżdżam kursorem na obrazek. Jestem jak w jakimś chorym transie. Kiedy już mam klikać, coś we mnie pęka. Z impetem odrzucam laptop na kanapę i wstaję. Nerwowo chodzę po salonie, próbując pozbierać myśli.
- Co ja robię - mruczę pod nosem - Ja do cholery mam żonę!
Po chwili uspokojenia sięgam po dziennik, który leży na stole. 

Dzień 23
Uważaj na pasożyty. Przyjmują one postać uzależnień, jak papierosy, narkotyki, alkohol czy pornografia. Przyczepiają się do ciebie lub twojej wybranki i wysysają z małżeństwa życie. Jeśli kochasz żonę, musisz pozbyć się wszelkich uzależnień. Gdy tego nie zrobisz, one was zniszczą.

Niczym poparzony rzucam książką na stół. Chwytam za laptop i wyłączam wszelkie strony. Potem odinstalowuję przeglądarki internetowe. 
Kiedy kończę to robić, podchodzę do okna i głęboko oddycham. Jest jeszcze jeden pasożyt. 
Dłonią dotykam tylnej kieszeni spodni. Wyczuwam niewielkie pudełko. Papierosy. 
Szybko wyciągam opakowanie i wyrzucam do kosza. To samo robię z innymi, które porozrzucane są po domu. 
Papierosy były moją ucieczką. Na początku odczuwa się przyjemność, ale to przecież zaraza, która pożera moje myśli, zdrowie, czas i pieniądze. Jak mogłem tego nie zauważyć do kurwy nędzy!?
Kiedy trzymam kilka paczek papierosów, do domu wraca Violetta. Mijamy się w korytarzu. Z ciekawością przygląda się opakowaniom, które trzymam. Nie zwracam na to większej uwagi. Idę do kuchni by je wyrzucić. Ku memu zdziwieniu ona idzie za mną i przygląda się wszystkiemu co robię. 
- Co ty robisz z tymi papierosami? - pyta. Odwracam się do niej i patrzę w jej piękne, duże oczy.
- Kocham cie bardziej - odpowiadam i wymijam ją. 





Kolejnego dnia ponownie budzę się, gdy Violetty już nie ma. Uwolniony od nałogu zmierzam w kierunku kuchni. Na stole leży koperta. Uśmiecham się, gdy widzę słodkie pismo żony.
Otwieram kopertę z nadzieją, że napisała mi tam kilka słodkich słów, że może jest ze mnie dumna, zdziwiona moim zachowaniem. 
- Podział majątku - mamroczę i przeglądam kartki. 
Rzucam je na podłogę i sam na nią siadam. Chowam głowę między kolana i zalewam się łzami. Wszystko stracone.
Potem w ataku furii chodzę po mieszkaniu i wywalam wszytko z półek. Nagle moją uwagę przykuwa ozdobna kartka. Biorę ją do ręki i czytam.

Violetto, niezmiernie cieszę  się z naszego spotkania. Nie mogę doczekać się kolejnego. 
Czekam na telefon. 
Tom

Co to ma być do cholery? Czy ten dupek przystawia się do mojej żony? 
Pod wpływem emocji chwytam za kurtkę i wychodzę z domu. Jadę do redakcji, w której pracuje Violetta. Dość szybko odnajduję biuro Toma i bez pukania do niego wchodzę.
- Czy mogę jakoś pomóc? - pyta mnie mężczyzna o blond włosach.
- Tak - odpowiadam i podchodzę do niego. Dłońmi opieram się o biurko, a twarz nachylam bliżej niego - Jestem Leon Verdas, chcę porozmawiać. 
Mężczyzna się spina, a na jego twarz wkrada się zakłopotanie.
- Nie mam teraz czasu - rzuca obojętnie.
- Znajdzie pan - mówię zdenerwowany - Chodzi o Violettę, moją żonę. 
- Więc?
- Wiem co chcesz zrobić, ale nie pozwolę ci na to - syczę przez zaciśnięte zęby - Nie będę bezczynnie stać i przyglądać się, jak zabiegasz o względy mojej ukochanej. Popełniłem dużo błędów, ale nadal ją kocham i też o nie zabiegam. A fakt, że jestem jej mężem daje mi pierwszeństwo - rzucam i wychodzę.

Przez kolejnych kilkanaście dni stosuję się do zapisków w dzienniku. Gotuję, sprzątam, zmywam naczynia. to co zawsze. Jednak coś się zmieniło. Nie wymagam za to rekompensaty lub pochwały. 
Któregoś poranka wstaję i zmierzam do łazienki. Violetty już za pewne nie ma, ale jak zawsze zaglądam do sypialni, by to sprawdzić. Ku mojemu zdziwieniu zastaję ją. Owinięta w pościel leży w łóżku. Wokół niej porozrzucane są chusteczki.
- Vilu? - pytam, tym samym zwracając na siebie jej uwagę. Obdarza mnie swoim spojrzeniem - dobrze się czujesz?
- Jest w porządku - mamrocze i odwraca się do mnie plecami.
- Jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz. Mogę pojechać do sklepu - proponuję.
- Nie, niczego nie chcę - odpowiada. Zaraz potem wychodzę.
Po cichu zakładam buty i opuszczam dom. Jadę do jakiegoś baru mlecznego i biorę na wynos rosół. W aptece kupuję lekarstwa i wracam do domu.
Violetta wciąż leży pod pierzyną. Siadam na łóżku. Kobieta spogląda na mnie z zaciekawianiem, a potem przenosi wzrok na jedzenie. 
- Usiądź - mówię. 
Gdy Violetta już siedzi dotykam jej czoła.
- Masz gorączkę - rzucam i wychodzę do łazienki. Wracam z mokrym okładem, który zaczynam delikatnie przykładać do jej czoła. Na początku sama chce to robić, jednak później odpuszcza. Patrzymy sobie w oczy. Cholera, jak dawno tego nie robiliśmy. 
Potem podaje jej kilka tabletek, które połyka.
- Dlaczego to robisz?
- Nauczyłem się nie opuszczać - przyznaje nie patrząc jej w oczy.
- Co się z tobą dzieje? - po jej słowach cicho wzdycham.
- Tata zapytał mnie, czy chcę uratować swoje małżeństwo - wyznaje - A potem podarował mi coś. 
Chwile później Violetta wyjmuje spod poduszki dziennik. Serce mi zaczyna szybciej bić, ona wiedziała?
- Ten dziennik? - pyta.
- Jak długo wiesz?
- Od wczoraj - odpowiada - Który to dzień?
- 43 - prycham. Na jej twarzy maluje się zdziwienie.
- Przecież jest zapisane tylko 40.
- Czy muszę na nim skończyć? - pytam, a ona lekko się uśmiecha.
- Leon, to nie jest u ciebie normalne - mówi, wygodniej się układając.
- Witaj w nowej normalności, Vilu - szepczę.
- Od początku chciałeś postępować według tych zapisków?
- Oczywiście, że nie - przyznaje patrząc na nią. Jest taka śliczna i tylko moja - Ale w połowie drogi zrozumiałem, że tak naprawdę nie wiem, czym jest miłość. A kiedy to do mnie dotarło, postanowiłem spróbować - mówię cicho.
- Leon, tak bardzo chciałabym ci uwierzyć - przyznaje ze skruchą - Ale nie potrafię ci jeszcze zaufać.
Przyglądam się jej smutno. Moje serce bije według jej imienia. Nie potrafię bez niej żyć. 
- Poczekam, ale musisz coś zrozumieć - opowiadam. Zaraz potem klękam na kolana. Ona wytrzeszcza oczy i patrzy na mnie zdziwiona - Wybacz mi - dukam. Nie panuję nad sobą. Ręce mi się trzęsą, a z oczu wypływają łzy - Wybacz mi to, że byłem takim cholernym egoistą - ona też zaczyna płakać - Przez 4 lata niszczyłem cie swoimi słowami, czynami. A nie widziałem w tym mojej winy - głośno przełykam ślinę - Kochałem inne rzeczy, zamiast kochać ciebie. Przez ostatnie kilka tygodni, poznałem cie na nowo, na nowo cie pokochałem. Na początku musiałem przebaczyć sobie. Teraz błagam, o twoje przebaczenie dla mnie - kontynuuję. Oboje płaczemy - Vilu, nie chcę bez ciebie żyć. 
Wpatrujemy się w siebie, milczymy
- Leon, w przyszłym tygodniu muszę oddać pozew adwokatowi - mruczy, a moje serce pęka. Nigdy nie otworzyłem się przed nią tak bardzo jak teraz. Jej słowa mnie łamią. Szybko przeciera policzki i kontynuuje - Ale daj mi trochę czasu na zastanowienie. 
- Ile tylko zechcesz - kiwam głową ze zrozumieniem i wychodzę z sypialni. 




Kolejne dni mijają równie szybko jak pozostałe. Razem z Violettą mijamy się, ale czasem obdarzamy przyjaznym uśmiechem. To zdecydowanie lepsze od znienawidzonej przeze mnie ciszy.
Kiedy jestem w pracy, a pracuje jako instruktor pływania, podchodzi do mnie kolega.
- Violetta przyszła - mówi.
- Moja Violetta? - pytam z niedowierzaniem.
- Tak - odpowiada. Czym prędzej zmierzam ku holowi. Tam widzę kruchą postać mojej ukochanej.
- Vilu - mówię, gdy jestem blisko niej. Kurczowo trzyma swoja obrączkę, która znajduje się na palcu. Mam wrażenie, że zaraz ją zdejmie, odda mi i odejdzie na zawsze. 
- Jeśli nie powiedziałam ci, że jesteś dobrym człowiekiem, mówię to teraz - zaczyna płakać - Jeżeli nie powiedziałam, że wybaczam, wybaczam ci - łka - Jeśli nie powiedziałam ci, że cie kocham. Uwierz, kocham cie bardzo mocno - podchodzę do niej bliżej. Potem czuje wilgoć na swoich policzkach - Coś się w tobie zmieniło Leon - przecieram jej łzy - Chcę, żeby mnie też to spotkało. 
- Spotka, kochanie - łapię ją za dłonie.
- Czy nie jest za późno - przełyka łzy - abyś się ze mną zestarzał?
Uśmiecham się przez łzy. Potem mocno ją do siebie przyciągam i przytulam. Nie wiem czy stoimy tak 10 minut, a może cała wieczność. Szczerze nie obchodzi mnie to. 
Później łączymy nasze usta w słodkim pocałunku. 




Po kilku dniach odwiedzają nas moi rodzice. Tak jak kiedyś, wybieramy się na wspólny spacer. Wszyscy razem.
- Chcę ci podziękować tato - przyznaję, kiedy razem z ojcem jesteśmy oddaleni od kobiet - Ten poradnik zmienił moje życie. 
- Ciesze się - posyła mi pełen ciepła uśmiech.
- Dałem go jednemu koledze z pracy.
- Dobrze, przecież po to został napisany - mówi.
- Dziękuję, że we mnie nie zwątpiłeś, tato - przytulam go - Ani w mamę.
- Synu - zaczyna, kiedy odrywa się ode mnie - Ciągle się uczę i staram się być uczciwy, jednak nie powiedziałem ci wszystkiego - tłumaczy. Z zaciekawieniem przyglądam się ojcu - Napisałem ten poradnik własnoręcznie, bo wiedziałem, że tylko ode mnie go przyjmiesz.
- Nie rozumiem - mamroczę pod nosem.
- Ale to nie ja go wypróbowałem na mamie, tylko ona na mnie. 
- Że co proszę? - jestem w szoku.
- Leon - wzdycha - To ja chciałem odejść. Ale twoja matka się zmieniła i pokochała mnie bezwarunkowo. Dzięki niej wciąż jesteśmy małżeństwem.
- Mama to zrobiła?!
- Owszem - potwierdza - Jest dla mnie błogosławieństwem. Bardzo się zmieniła, a ja kocham ją całym swym sercem.
Przymykam oczy, chcąc poukładać wszystkie informacje. To niemożliwe...
Nigdy nie byłem tak blisko mamy, jak taty. To on był moim wzorcem, nie ona. Może nie zachowywałem się bezczelnie względem niej. Jednak ona nie zasługiwała na to, jak się zachowywałem. Kłóciłem się nią, czasem ignorowałem. To ona zawsze wykręcała mnie z kłopotów.
- Tato - szepczę - A ja tak źle ją traktowałem. 
Potem odbiegam od niego i szukam matki. Znajduje ją w domu. Stoi przy stole i razem z moją ukochaną szykuje obiad. 
Po chwili spogląda na mnie i w moje zapłakane oczy. Uśmiecha się lekko.
- Mamo - mówię, gdy stoimy wtuleni w siebie - Mamo, wybacz mi. Nie wiedziałem.
- Nic się nie stało synku - szepcze na ucho.
- Wybacz mi, błagam - proszę, patrząc jej w oczy.
- Wybaczam - odpowiada - Kocham cie.


~ * ~

Udało mi się naprawić moje małżeństwo, ponieważ zrozumiałem, że nie mogę na siłę zmienić żony, a muszę ją od nowa zdobyć. Przez to ona w tym samym czasie też się zmieniła i zaczęła na mnie patrzeć innymi oczami. 
Podczas tych kilkudziesięciu dni miałem szansę wiele zrozumieć i nauczyć się rezygnować z własnego egoizmu dla dobra małżeństwa, wyjść z własnego urażonego męskiego ego i spojrzeć inaczej na wiele spraw. Zauważyłem, że zachowanie Violetty nie było zabawianiem się mną. Nie był to też brak szacunku względem mnie. Ja sobie to jednie wmawiałem. 
Moja żona była kobietą zranioną złymi emocjami od własnego męża. 
Na samym początku moje ego nie pozwalało mi na porządne wykonywanie poleceń zawartych w dzienniku. Uważałem się za odrzuconego. Nie wkładałem w to serca. Wszystko wykonywałem na siłę, co było błędem, ponieważ nie uczyłem się przy tym niczego. 
Ludzie zamiast kochać się, bardzo często oceniają się wzajemnie, krytykują. Małżonkowie wypominają sobie błędy. 

Aby być kochanym, sam musisz nauczyć się kochać bezwarunkowo...



♥

Dziś OS 
Mam nadzieję, że się Wam spodobał.
Pisząc go płakałam... Cóż. Emocje były silniejsze.
Jestem psychicznie powiązana z tą historią.
Nawet jeśli się Wam nie podoba, ja się w nim zakochałam. 
To mój 2 OS w życiu.
Nie bądźmy surowi xD
Mogłabym go podzielić na 2 części, jednak uważam, że w całości lepiej się prezentuje.

Czekam na waszą opinie :)

Do następnego
Ola


niedziela, 1 maja 2016

.02.






Można powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Nie uginam  się pod jego stanowczym wzrokiem, nie daję się owładnąć emocjom.
Przez moment toczymy ze sobą walkę na spojrzenia, jednak on prycha i wychodzi trzaskając drzwiami. Zaczynam oddychać miarowo. Następnie siadam w wygodnym fotelu i przymykam powieki.
Kończę pracę około 18:00, a jedyne czego pragnę, to odpoczynek. Zarzucam na siebie czarny płaszcz i zjeżdżam windą na parter. Kiwam głową recepcjonistce na pożegnanie i wychodzę na ulicę zatłoczonego miasta. W tym momencie mogę zdjąć maskę.
Przechodząc przez próg apartamentu rozlega się głos dzwoniącego telefonu. Jednym ruchem wyjmują z torebki telefon i spoglądam na wyświetlacz.
- Słucham? - mówię, kiedy odbieram.
- Córeczko - słyszę kojący głos ojca - Mam nadzieję, że masz jeszcze trochę siły - zaczyna. Oczywiście, że nie mam, jednak z pewnością według niego powinnam je mieć.
- A coś się stało? - pytam, zsuwając szpilki z stóp.
- Za dwie godziny zaczyna się coroczny bankiet - mówi lekko podekscytowany - Myślę, że twoja obecność jest mile widziana, jak nie obowiązkowa - cicho wzdycham - Przepraszam, że informuję cię dopiero teraz.
- Nic się nie stało - odpowiadam. Zaraz potem wypytuję o miejsce przyjęcia i żegnam się z tatą.
W dość szybkim tempie biorę prysznic. Następnie wiąże włosy w luźnego koka, a kilka pasm wyciągam na twarz. Wykonuję też trochę mocniejszy makijaż, by zakryć zmęczenie znajdujące się na mojej twarzy.
Na sam koniec zakładam elegancką sukienkę w kolorze bordowym, która idealnie eksponuje mój biust. Po dobraniu dodatków i włożeniu szpilek wrzucam wszystkie potrzebne mi rzeczy do torebki i wychodzę.
Droga do hotelu, w którym ma miejsce bankiet nie zajmuje mi dłużej niż 20 minut. Gdy znajduje się  na głównej sali, mogę poczuć zapach męskich perfum wymieszanych z damskimi. Wyczuwalna jest też woń, z pewnością drogiego alkoholu. Z gracją schodzę po schodach, a wzrokiem poszukuję rodziców. Błąkam się między elegancko ubranymi ludźmi, kiedy w końcu dostrzegam moją matkę. Idę w jej kierunku. Po drodze mijam kilkunastu mężczyzn. Przy każdym z nich się spinam, a serce lekko przyspiesza swój rytm.
Matka, ubrana w śliwkową sukienkę wygląda perfekcyjnie. Podchodzę bliżej nich.
- Tutaj jesteś słońce - wita się ze mną mama, całując mój zarumieniony policzek. Posyłamy sobie uśmiechy, po czym witam się z stojącym obok ojcem. Kiedy podchodzi do nas kelner z kieliszkami pełnymi szampana, biorę jeden z nich.
- Jak minął ci dzień? - pyta ojciec.
- Całkiem dobrze, ale przyznam, że ta praca jest męcząca - mówię popijając napój. Nagle przypomina mi się incydent z mężczyzną, który urządził mi awanturę - Wiesz, dzisiaj przyszedł do mnie pewien mężczyzna - zaczynam, jednak kiedy słyszę za sobą męski głos, przerywam. Moje serce przyspiesza, a ja próbuję zachowywać się naturalnie. Jakby każdy nieznajomy mi mężczyzna nie powodował u mnie lęku.
- Witaj John - wydaje mi się, czy ja przypadkiem znam ten głos - Amando - kontynuuje, a ja odsuwam się od źródła dźwięku. Zraz potem spoglądam w lewo. Nie widzę jednak zbyt wiele, bo nieznajomy odwrócony jest do mnie tyłem.Właśnie całuje dłoń mojej matki. Jednak gdy się odwraca, zamieram. To ten sam mężczyzna, który wpadł dziś do mojego biura!
Wpatrujemy się w siebie przez krótką chwilę.
- Violetto, to jest Leon Verdas - przedstawia mi go mój ojciec. Głośno przełykam ślinę.
- Mieliśmy już okazję się poznać - wtrąca nieznajomy. Cała drżę pod jego spojrzeniem. Jest ono wrogie i przesycone złością.
- Jak to? - tata wydaje się być lekko zdezorientowany. W końcu zbieram w sobie siły i postanawiam się odezwać.
- Ten mężczyzna wpadł dziś do mojego biura i zaczął się awanturować - zwracam się do ojca, unikając wzroku młodego biznesmena - Możesz mi powiedzieć kim on jest?
Na moment zerkam w jego stronę. Wciąż ten sam nieprzyjemny wyraz twarzy. On wywierca we mnie dziurę! Ojciec słysząc złość w moim głosie od razu reaguje.
- Spokojnie córeczko, Leon jest moim wspólnikiem - po jego słowach na moment wstrzymuję oddech. Nie wyobrażam sobie współpracy z tym człowiekiem - Przepraszam, że nie poinformowałem cie wcześniej - dodaje.
Milczę. Nie mam pojęcia co powiedzieć. W tym momencie wszystko byłoby złą odpowiedzią. Ponownie patrzę na Verdasa. Na szczęście on nie patrzy na mnie. Spostrzegam, że jego szczęki zaciskają się nerwowo.
- Leonie, przepraszam, że nie poinformowałem cie o tym, że firmę przekazuję córce - tłumaczy mężczyźnie - Kompletnie wypadło mi to z głowy. Jednak mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
- Oczywiście, że nie - odzywa się w końcu. Po moim ciele przechodzi dreszcz. Ma bardzo poważny ton. Mój wzrok ponownie pada na niego, lecz tym razem na jego sylwetkę. Muszę stwierdzić, ze jest dobrze zbudowany. Idealnie wyrzeźbione ciało ukryte pod czarnym garniturem szytym na miarę.
- Cieszę się - dopowiada tata.
- Jednak zachowanie pańskiej córki nie było odpowiednie - w tym momencie spogląda na mnie, a mi robi się gorąco. Jego przenikliwe, zielone oczy wpatrują się we mnie ze złością. Mam ochotę wydrzeć mu je, ale nie mam aż tyle odwagi. Poza tym, wystarczyłoby zetknięcie z jego skórą, bym przestraszona uciekła.
- Że co proszę? - pytam zażenowana - To pan wpada do mojego biura i urządza mi awanturę! Był pan bardzo niegrzeczny w stosunku do mnie - mówię podniesionym głosem. Patrzę na jego okropną, jednak również idealną twarz. Ma przymrużone oczy, a żyłka na jego szyi pulsuje. Można powiedzieć, że czekam na wybuch.
- Może mam przeprosić? - syczy. Na jego słowa prycham. Nie wiem nawet, co sprawia, że jestem taka odważna. Normalnie, od razu skuliłabym się pod jego obezwładniającym spojrzeniem.
- Byłoby miło - odpowiadam.
- Niedoczekanie - rzuca w moją stronę i spogląda na ojca - Na pewno dobrze przemyślałeś decyzję przepisania firmy? - pyta się go, a ja nie mogę uwierzyć, że to powiedział. Czuję jak oczy zachodzą mi łzami. Moje mniemanie o sobie nie jest wysokie. Za to on sprawia, że staje się jeszcze niższe niż dotychczas. Z niedowierzaniem otwieram usta i z kipiącą w oczach złością, ale i żalem patrzę na rodziców.
- Leonie, bardzo dobrze przemyślałem tą decyzję - słyszę głos taty. Na moment zamykam oczy, by nie wybuchnąć płaczem... Przecież jestem silna.
- Obyś tego nie żałował - dopowiada ledwo słyszalnie. Ku jego zdziwieniu, słyszę to ja oraz moi rodzice.
- Uspokójcie się! - moja matka podnosi głos - Macie do cholery współpracować, a nie kłócić się!
Kiwam ze zrozumieniem głową, rzucam szybkie "przepraszam" i odchodzę.
Kiedy znajduję się w toalecie, nie panuję nad sobą. Moja maska władczej i odważnej kobiety spływa wraz z makijażem i łzami. Trzęsą mi się ręce, nogi odmawiają posłuszeństwa. Ostatecznie opieram się o ścianę i zjeżdżam na samą podłogę. Chowam twarz w kolana i oddycham miarowo.
Wszystko mnie przytłacza. Nowa praca i tak była wyzwaniem. Teraz doszedł Leon Verdas. Niby jak mam z nim współpracować, skoro wystarczy, że na niego spojrzę, a już chce mi się płakać.
Tak, jestem niestabilna emocjonalnie, ale i tak jest lepiej. Bardzo długo pracowałam nad sobą, swoim zachowaniem, by normalnie, albo prawie normalnie funkcjonować. A tak oto zjawia się on i wszystko niszczy.
Z jednej, strony pragnę udowodnić mu, że nie jestem słaba i potrafię ogarnąć tak dużą firmę. Z drugiej strony, powoli tracę siły. Potrzebuję wsparcia, a dostaję kpinę.
Podnoszę się z podłogi i wpatruję się w lustro. Mogłabym stawić mu czoła, udowodnić mu, że się myli, jednak nasza współpraca nigdy nie będzie prawdziwa, ponieważ przeszłość wciąż depcze mi po piętach.
Przecieram wilgotne policzki i stwierdzam, że nie wyglądam najgorzej. Biorę kilka głębokich wdechów i wychodzę z toalety.
Słysze wolną muzykę. Szukam moich rodziców i znajduję ich wtulonych w siebie, poruszających się w takt melodii. Uśmiecham się do siebie. Ich miłość jest taka prawdziwa i szczera. Czy ja będę kiedyś kogoś tak kochać? Z pewnością nie. Ja przecież nie umiem ufać mężczyznom. Widzę w nich wszystko, co najgorsze.
Moje przemyślenia przerywa postać stojąca przede mną. Przymrużam oczy i dostrzegam mojego brata. Mimowolnie się uśmiecham i rzucam się mu w ramiona.
- Chris - szepczę, wtulona w jego pierś. To jest drugi i też ostatni mężczyzna, któremu ufam - Co ty tu robisz?
- Tata prosił, bym pojawił się tutaj chociaż na chwilę. Tak oto jestem - mówi, całując mnie w czoło. Czuję ulgę. W jego ramionach jestem bezpieczna.
- Coś się stało?
- Lepiej nie pytaj - mruczę i oboje zaczynamy poruszać się w rytm muzyki.
- A jak tam dzień w firmie? - słyszę rozbawienie w jego głosie.
- Nie mówmy o tym, dobrze?
- No dobrze - odpowiada i układa brodę na moim ramieniu.
Ja i Chris jesteśmy sobie naprawdę bliscy. Darzymy się ogromnym zaufaniem i miłością. Jest idealnym starszym bratem. Sam założył firmę i rodzinę. Jest idealnym mężem i ojcem.
Cała się spinam, gdy słyszę całkiem znajomy mi już głos.
- Odbijany - mówi, a ja przenoszę wzrok na niego. Tak oto stoi przed nami Leon Verdas. Jego twarz jest obojętna, zero emocji. Chris spogląda na mnie pytająco, a ja kiwam głową na "tak". Muszę stawić mu czoła, chociaż jestem słaba.
Gdy przestaję czuć kojący dotyk brata, zaczynam mieć wątpliwości. Moją dłoń ujmuje przystojny dupek, a po mym ciele rozpływa się prąd. Głośno przełykam ślinę i zaczynam drżeć, gdy swoją dłoń umieszcza na mojej talii i delikatnie przyciąga mnie do siebie. Czuję jego zapach. Jest odurzający, ale i przyjemny.
Z trudem znoszę tą bliskość, to dla mnie katorga. Moje ciało jest spięte, a najgorsze jest to, że oboje milczymy. Skoro nie ma chęci nic do mnie mówić, to nie mam zamiaru męczyć się w jego towarzystwie.
- Nie spinaj się tak - mówi cicho. Nie patrzymy na siebie. Jedyne co robimy, to lekko się poruszamy.
- Mów czego ode mnie chcesz i daj mi spokój - rzucam oschle.
- Violetto - zaczyna, a ja jestem zawiedziona, bo jednak chce mi coś przekazać - Jesteś zbyt słaba do tej branży - kontynuuje, tym samym wpijając w moje plecy noże.
- To wszystko? - tak, zachowuje się jak suka, ale to mój pancerz. Na moment spoglądamy sobie w oczy. Jego są ciemniejsze niż ostatnio. Bije od nich złość.
- Chce cie ostrzec. Myślę, że twój ojciec nie był do końca świadom swojej decyzji.
Przestaje tańczyć i wykręcam się z jego objęcia. Patrze na niego przyćmionymi oczami. Mam go dość.
- Świetnie, to teraz ja ci coś powiem - sama się sobie dziwie. Kolejny zastrzyk odwagi? - Zachowaj te swoje pieprzone opinie dla siebie. Kompletnie nie obchodzi mnie twoje zdanie, jesteś dla mnie nikim. Zachowujesz się podle. Jak w ogóle możesz tak mówić?!
To jest raczej pytanie retoryczne, bo on wciąż wpatruje się we mnie obojętnie.
- Jesteś pieprzonym dupkiem i jeśli masz chociaż trochę szacunku do mnie i mojej rodziny to mnie przeproś. A jak nie mnie, to chociaż moich rodziców - syczę ze złością.
Nie odpowiada mi. Jedyne co robi to prycha i uśmiecha się pod nosem. Tego jest za wiele.
Szybko podchodzę do niego i strzelam mu w policzek. Tak przynajmniej chcę zrobić, ale nagle czuję jego silną dłoń na moim nadgarstku. Mocno ją ściska, a przed oczami pojawiają mi się znienawidzone obrazy, wspomnienia. Z moich ust wydobywa się cichy jęk.
- Chciałaś mnie uderzyć? - mówi całkiem rozbawiony. Jego wzrok zmienia się w zdziwiony, gdy po moich policzkach zaczynają ciec łzy. Rozumiem, że dla niego to jest zabawa.
Ten dotyk... Silna męska dłoń... Jestem zbyt słaba.
Czym prędzej mnie puszcza, a ja łapię się za obolały nadgarstek. Rzucam mu spojrzenie pełne nienawiści i odchodzę.



♥


Hej.
Dziś szybko i na temat. 
Tak oto prezentuje się 2 rozdział nowej opowieści.
Wciąż nie jestem do niej przekonana, ale mam nadzieję, że to się zmieni.

CZEKAM NA WASZĄ OPINIĘ :D

Następny rozdział za tydzień.
Udanej majówki życzę :*

Do następnego

XoXo

czwartek, 21 kwietnia 2016

.01.






W środku dostrzegam trójkę ludzi. Kiedy podchodzę bliżej rozpoznaję mojego ojca. 
- Violetto, oni są twoją prawą i lewą ręką - zaświadcza wskazując na niewysoką brunetkę i dobrze zbudowanego mężczyznę. Posyłam im delikatny uśmiech. Jednak jest to większe przeżycie dla mnie, niż dla nich. Bo przecież to ja od dnia dzisiejszego jestem głową tej ogromnej firmy architektonicznej, to na mnie spoczywać będą obowiązki i wielka odpowiedzialność. 
- Mia jest twoją sekretarką, a Noah asystentem - wzrok ojca spoczywa na mnie, czuję to. Ja jednak przyglądam się dwójce młodych osób. Czy podołam zadaniu i będę odpowiednio nimi kierować? Mam nadzieję... A podobno nadzieja umiera ostatnia. 
- Mam nadzieję na dobrą współpracę - wyrzucam z siebie w końcu. Wyciągam dłoń do uścisku, co zaraz potem się dzieje. 
- Kochani, nie będę was trzymał dłużej. Wracajcie do domów. Jutro nowy, pracowity dzień - mówi ojciec. Mia i Noah przytakują, żegnają się i wychodzą. 
Przez chwilę wpatruję się w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stali. Zaraz potem przymykam oczy i cicho wzdycham. Gdy czuję dłoń na ramieniu szybko otwieram powieki.
- Spokojnie córeczko - mówi pokrzepiająco. 
- Tato, jesteś pewien, że to odpowiednia decyzja? - te kilkanaście słów wypowiadam drżącym głosem. Właśnie teraz, po wszystkim co się właśnie stało zaczynam nabierać wątpliwości. A co z moją maską twardej i bezwzględnej kobiety? 
- Oprócz małżeństwa z twoją matką i chęci posiadania z nią dzieci, niczego nie bylem bardziej pewien. 
Chwilę później czule mnie przytula i całuję w czoło. Właśnie w tym momencie czuję się jak mała dziewczynka, która przychodzi do swojego taty z żalem i zapłakanymi oczami. Wówczas on ją pociesza i szepcze urocze, pocieszające słówka. 
Jednak niektóre rzeczy się zmieniły. Chociażby fakt, że nie jestem już małą dziewczynką, tylko dorosłą kobietą i muszę radzić sobie sama. 
- Kocham cie - szepcze w jego błękitną koszulę i jeszcze mocniej się w nią wtulam. 
- Ja ciebie również, słońce. 

O 20.00 jestem już w moim apartamencie. Jak zawsze wita mnie moja towarzyszka - samotność. Nim zapalę światło, mrok rozlewa się po całym wnętrzu. 
Wchodzę do kuchni i wyciągam z barku butelką czerwonego wina. Z szafki wyjmuję kieliszek i zmierzam w kierunku łazienki. Nie mam ochoty na kolację. 
Okręcam wodę, by napełnić nią wannę. Jedyne czego pragnę to odprężająca kąpiel. Jednym ruchem pozbywam się czarnej sukienki i szpilek. Po czym nalewam do kieliszka wina i staję przed lustrem. Wpatruję się w moją szczupłą sylwetkę. Niewielkie piersi, kształtna pupa i płaski brzuch. 
Kiedy uznaję, że ilość wody jest wystarczająca, zdejmuję koronkową bieliznę i wchodzę do ciepłej wody. Delikatna piana muska moje spięte ciało. Przymykam oczy by się odprężyć. Co chwilę biorę łyk alkoholu. 
Nigdy nienawidziłam być samotna. Uwielbiałam gwar, krzyki i rozmowy w moim rodzinnym domu. Gdybym mogła, zostałabym tam aż do śmierci. Ale fakt, że jestem dorosła i samodzielna nie pozwala mi na to. W tym pustym, ogromnym apartamencie jestem kompletnie sama. Rzadko kiedy mnie ktoś odwiedza. Przez większość swojego dotychczasowego życia goniłam za nauką, wykształceniem. To był błąd. Teraz jestem samotna. Co prawda, mam przyjaciółkę, jednak ona też ma swoje życie, swoje problemy. 
Po dłuższej chwili relaksu wychodzę z wanny i wycieram ciało puchowym ręcznikiem. Zaraz potem zakładam satynowy szlafrok i wychodzę z dusznego pomieszczenia. Trzymając lampkę wina, stoję na dużym balkonie. Podziwiam Nowy York nocą. Na krótką chwilę przymykam oczy, jednak prędko je otwieram, kiedy przed oczami pojawia się znienawidzony obraz. Serce przyspiesza swoje bicie, a ja nerwowo rozglądam się wokół siebie. 
Gdy jestem w środku, odstawiam na szklany stolik do kawy pusty kieliszek i zmierzam ku drzwiom wejściowym. Upewniona, że są one zamknięte, wracam do salonu i włączam telewizor. Tak rzadko to robię. Przez cały okres studiów praktycznie go ie włączałam. Byłam zamknięta w niewielkiej bańce, w której znajdowały się jedynie książki. 
Skacze po kanałach szukając czegoś interesującego. Zawiedziona nieudanymi poszukiwaniami wyłączam telewizor i idę do sypialni. Oczy same mi się zamykają przez nadmiar wrażeń minionego dnia. Układam się wygodnie w swoim wielkim łóżku i otulam ciepłą pościelą. 


Budzę się cała spocona i roztrzęsiona. Tak jak co noc. Od dłuższego czasu męczą mnie koszmary. Głównie o jednej tematyce. Jednym zdarzeniu, o którym tak bardzo chciałabym zapomnieć. Jednak to jest niemożliwe.
Spoglądam na zegarek. Jest 7.00. cicho wzdycham i przenoszę się do pozycji siedzącej. Kiedy upewniam się, że nie zakręci mi się w głowie od zbyt szybkiego wstawania, podnoszę się z wygodnego materaca i idę wziąć prysznic. 
Kiedy mam już wysuszone włosy zmierzam ku garderobie. Tam właśnie spędzam dobrych kilka minut na wpatrywaniu się w sukienki wiszące na wieszakach. Ostatecznie wybieram granatową, która opina moje smukłe ciało w każdym miejscu. Ma długi rękaw, a jedyne co odkrywa to plecy. Zakładam czarną bieliznę i wybraną wcześniej kreację. Na nadgarstek zakładam delikatną bransoletkę. Robię delikatny makijaż i używam perfum. 
Po zjedzeniu śniadania wychodzę. Czuję jedno. Strach. 

Przez dłuższą chwilę wpatruję się w wysoki wieżowiec, siedzibę firmy mojego ojca. Poprawka, mojej firmy. Wzdycham głośno i próbuję uspokoić drżenie rąk. Nogi mi się uginają, kiedy przechodzę przez próg, a recepcjonistka obdarza mnie udawanym uśmiechem. 
Jazda windą również nie należy do przyjemnych. Gdy jej drzwi się otwierają, dostrzegam bardzo dobrze znany mi korytarz. Idę więc trochę pewniejszym krokiem, by udać przed sama sobą, że jestem odważna i nieugięta. W sumie, nieźle mi to wychodzi. 
Na samym początku korytarza mijam się z wczoraj poznaną sekretarką - Mią. Obdarzamy się delikatnym uśmiechem. Zaraz potem idę w kierunku biura mojego ojca, teraz mojego. 
Naciskam klamkę i próbuję uspokoić moje tętno. 
W pomieszczeniu spostrzegam siedzącego przy biurku mężczyznę. 
- Dzień dobry córeczko - zaczyna miło, a ja podchodzę do niego i daję mu całusa w policzek. 
- Dzień dobry - odpowiadam cicho. 
- Gotowa na swój pierwszy dzień? - pyta z entuzjazmem w głosie. 
Oczywiście, że nie byłam gotowa, ale nie chciałam pokazywać przed nim jak niepewną i słabą emocjonalnie osobą jestem. Kiwam więc głową na "tak" i uśmiecham się dyskretnie.
- To świetnie - mężczyzna podnosi się ze skórzanego fotela i podchodzi do mnie. Potem udziela mi kilku wskazówek, oprowadza po firmie. Na sam koniec przedstawia mi mój grafik. Wygląda na to, że dziś nie mam żadnych spotkań. Wystarczy więc, że będę siedziała w biurze i czytała oferty współpracy, rozpatrywała pozytywne i negatywne strony. Czyli to, co umiem robić. 
- Wiem, że sobie poradzisz - mówi z dumą w głosie - W razie czego proś o pomoc Sarę lub Noah. 
- Dobrze - odpowiadam cicho i wpatruję się w oczy ojca. Są duże i brązowe, takie jak moje. Mój tata jest naprawdę przystojny. Mimo swojego wieku wygląda szalenie dobrze. 
- Muszę iść, córeczko - ogłasza, a  mnie ściska serce. To już czas. 
- No więc, do zobaczenia - potem wtulam się w ojca i rozstaje się z nim. 
Obracam się w stronę biurka, za którym znajduje się ściana okien. Dostrzegam równie wysoki budynek. Stoi on bardzo blisko mojego, co oczywiście nie jest dziwne dla Manhattanu. Każdy zabiega o chociaż skrawek miejsca w tej dzielnicy. Ulice są tu naprawdę tłoczne i wąskie. 
Muszę przyznać, że widok za oknem mnie uspokoił. Przymykam na chwilę oczy, by zachować ten stan na dłużej. 

Siedzę przy biurku i przeglądam dokumenty, które zostawił mi ojciec. Przyznam szczerze, że podoba mi się ta praca. Jedyne czego wymaga to wiedzy i smykałki do interesów. 
W tej pracy trzeba być twardym i nieugiętym. Właśnie taka zamierzam być. Inaczej zostanę przytłoczona i zniszczę to, co osiągnęła moja rodzina. 
Nagle słyszę delikatne pukanie do drzwi. Pozwalam na wejście i widzę Mie.
- Przepraszam, nie potrzebuje pani czegoś? - pyta mnie miło. 
- Niczego nie potrzebuje, ale dziękuję za troskę - odpowiadam równie miło, jak ona. 
- W razie czego, proszę mnie powiadomić.
- Oczywiście - mruczę, wciągnięta w wir pracy. 
Dzięki niej, moje myśli są daleko od problemów i okropnych wspomnień. Wspomnień, zdarzeń z przeszłości, które szalenie mocno ingerują w moje teraźniejsze życie. Przez jedno zdarzenie zmieniłam się nie do poznania, przynajmniej według mnie. Przy rodzicach staram się zachowywać jak stara Violetta, ale różnie to wychodzi. 
Moje przemyślenia i pracę przerywają otwierające się drzwi. Czym prędzej przenoszę wzrok w tamtym kierunku.
- John, myślę, że kontrahenci z Chin powinni - ucina mężczyzna, kiedy jego wzrok przenosi się z pliku kartek trzymanych przez niego na mnie. 
Oboje wpatrujemy się w siebie przez krótką chwilę. Nie mam pojęcia co powiedzieć.
- Gdzie jest John? - mówi z wyrzutem. Na jego ton się spinam. Głośno przełykam ślinę i otwieram usta w celu powiedzenia czegoś sensownego. 
- Nie ma go - odpowiadam oschle i wstaję z fotela. 
- Jak to " nie ma"?! - wciąż ma podniesiony głos, a ja próbuję opanować emocje. 
- Już nie jest właścicielem tej firmy - zaczynam, wpatrując się w jego twarz. Spostrzegam, że zaciska szczękę, przez co uwidacznia swoje idealne kości policzkowe.
- A kto nim do cholery jest?!
- Ja - odpowiadam szybko i opieram się biodrem o masywne, drewniane biurko. 
- To jakieś żart, prawda? - mówi ironicznie rozbawiony. Tym razem to ja się zaczynam denerwować. Ściskam pięści i wargi, próbując nad sobą zapanować. Co za popapraniec!
- Przepraszam?! - mówię, podnosząc głos. Jestem zdenerwowania. I to bardzo. 
- Kim pani do cholery jest?
- Kim pan do cholery jest, by o to pytać!? - nie wytrzymuję i zaczynam krzyczeć.
- Przyszedłem do Johna, nie mam zamiaru się pani z niczego tłumaczyć - mówi oschle, a mnie przechodzi po ciele dreszcz.
- Johna nie ma, więc jeśli przyszedł się tu pan wykłócać, proszę opuścić to pomieszczenie.
Pewnym krokiem podchodzę do drzwi i mam zamiar pociągnąć za klamkę, kiedy słyszę męski głos.
- A kim pani jest? - pyta, wciąż tym samym, ostrym i pełnym goryczy głosem.
Odważnie odwracam się w jego stronę i patrzę mu w oczy. 
- Jestem córką Johna, a teraz proszę stąd wyjść - syczę. 



♥


Hejka!
Tak oto wygląda pierwszy rozdział.
Mam nadzieję, że nie jest nudny itd.

W sumie, jest trochę krótki, ale trudno xD

Mam nadzieję, że ta historia robi się ciekawa i że zostaniecie na dłużej ;)

Przepraszam za dłuuuugą nieobecność na bloggerze.
Za bark komów na Waszych blogach...
Ale pochłonął mnie wir nauki i prawdziwego życia.
Stąd ta przerwa. 
Jednak mam nadzieję, że nie zawiedliście się :*

Następny rozdział... oj.. Nie mam pojęcia. 
Pewnie za tydzień, o ile nie opuści mnie wena.


LICZĘ NA OPINIĘ W POSTACI KOMENTARZY!

A więc do następnego

Całuski
Wasza Ola 
xoxo

niedziela, 3 kwietnia 2016

.00.







Już od dobrych paru minut wpatruje się w widok zachodzącego nad Nowym Yorkiem słońca. Ogromny ruch i gwar na ulicach. No tak, ludzie wracają z pracy. To chyba najlepszy moment podczas całego dnia. Nic nas już nie obchodzi, a jedyne na co mamy ochotę to rzucenie się na łóżko i odcięcie się od rzeczywistości. Każdy mija się z udawanym, a może czasem szczerym uśmiechem. Jednak pod tym uśmiechem kryją się wielkie doznane krzywdy, niespełnione marzenia i miłość, która zamiast szczęścia ofiarowała ból. Czy ze mną jest podobnie?
Tłum ludzi, a samotność. To smutne. Człowiek długo potrafi pamiętać, niebywale długo. Czy Ty, tak jak i ja, myślałeś, że miłość cie uratuje? Z pewnością. Jednak miłość zmiażdżyła moje serce.
- Pamiętasz? - budzi się moja podświadomość - Ach tak, jak mogłabyś zapomnieć. Tylko nie umieraj wewnątrz. Tak trudno tam zmartwychwstać - dodaje głos, który znajduje się w głowie każdego z nas.
Wiem. Nie umieraj, bo czymże bylibyśmy gdyby nie ból? Nie docenialibyśmy szczęścia, które na nas czeka.
Na pewno czeka.
 A może ja już straciłam nadzieję? 
Na chwilę przymykam oczy, by powstrzymać łzy i przykładam czoło do chłodnej tafli szkła, tym samym czując lekkie ukojenie. To już dziś, dzień w którym przejmę całą firmę ojca. To ogromna odpowiedzialność i zaszczyt. Ale myślę, że podołam temu zadaniu. Chciałabym, żeby rodzice byli ze mnie dumni. Nie każdy w wieku 25 lat dostaje taką szansę. Mój cel? Nie spieprzyć tego. 
Moje rozmyślanie przerywa ciche pukanie do drzwi. Delikatnie obracam się w tamtą stronę. Spostrzegam ojca z wielkim uśmiechem na twarzy. Ponownie spoglądam w stronę Nowego Yorku. Zaraz potem czuję, że mężczyzna stoi tuż obok mnie. 
- Gotowa? - pyta.
- Oczywiście - odpowiadam zaraz po wypuszczeniu powietrza. 
- To chodźmy - mówi idąc w kierunku drzwi.
Jednym ruchem odgarniam nerwowo włosy do tyłu. Następnie poprawiam dość obcisłą małą czarną. Unoszę głowę do góry i pewnym krokiem wychodzę z biura ojca, a już niebawem mojego. 
Idę korytarzem, na którym nie ma ani jednej żywej duszy. Nie ma co się dziwić, była 19.00. O tej porze wszyscy są już w domu. Zmierzam do końca przestronnego korytarza. Zatrzymuję się przy ogromnych, szklanych drzwiach. Głośno przełykam ślinę, tym samym eliminując suchość w gardle. 
Kiedy jestem na to gotowa, ciągnę za klamkę, by zaraz potem znaleźć się w sali konferencyjnej.





♥

Hej!
Jestem?
A jednak :P

Tu na górze znajduje się prolog kolejnej opowieści. 
Pisałam go w nocy, bo jakoś mnie natchnęło. 
Jednak nie jestem pewna czy pociągnę dalej tą historię.
Może się zawieszę i nic więcej nie uda mi się napisać?
Nie mam pojęcia.

Mam jednak nadzieję, że prolog się Wam spodobał :)

Może po prostu potrzebuję motywacji do dalszego pisania?

Więc jeśli macie chęć poznawania dalszych losów bohaterów tego opowiadania, zostawcie po sobie ślad.
Chętnie poznam Waszą opinię!
Liczę na Wasze komentarze.
Zmotywujcie mnie, proszę.
Chce wiedzieć czy po zakończeniu tamtej historii, ktoś tu jeszcze został ;)


Czekam
Ola 



Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka