środa, 27 lipca 2016

.07.


Rozdział dedykowany Gabrieli Górniak ♥♥♥


Cisza. Przez jednych znienawidzona, przeze mnie ubóstwiana. Daje czas na przemyślenie wielu rzeczy, tak jak w tym momencie. Otacza mnie i Noah z każdej strony. Boję się spojrzeć mężczyźnie w oczy, ponieważ wiem, że patrzy na mnie zachęcająco. Jestem rozdarta. Chcę, a nie mogę. Chcę, a boję się. Chcę, a nie jestem już niczego pewna. Może nie powinnam niczego mówić? Przecież ja prawie go nie znam. Jednak czuję, że jest mi bliższy niż rodzice. 
W końcu zbieram w sobie resztki sił i przenoszę wzrok na Noah. Tak jak myślałam, jego wzrok jest ciepły, pełen miłości i delikatności. Wiem, że czeka aż cokolwiek powiem. Wiem też, że nie będzie mnie pospieszał. Chce, żebym powiedziała to pomimo braku presji. 
- Jeśli nie jesteś w stanie... - zaczyna, marszcząc brwi.
- Jestem, ale potrzebuję jeszcze minutkę - informuję i patrzę w sufit, aby pozbyć się ostatnich łez. Głęboko oddycham i neutralizuję strach.
- Zacznij tą rozmowę, bo sama nie wiem od czego zacząć - mówię po upływie paru sekund. Potem przenoszę wzrok na mężczyznę i mrużę zachęcająco oczy. On delikatnie przesuwa się bliżej mnie i bierze moją kruchą i trzęsącą się jeszcze dłoń w swoją większą, męską. Chłoniemy swoje spojrzenia, póki Noah się nie odzywa:
- Boisz się mężczyzn - stwierdza cicho, na co kiwam głową. Czuję kojący dotyk palców mężczyzny - Jestem praktycznie pewien, że skrzywdził cię jeden z nich. Nie wiem jednak, co się dokładnie stało. A żeby ci w jakiś sposób pomóc, muszę to wiedzieć - kończy. 
Głośno przełykam ślinę. Nie wiem od czego zacząć. Każdy normalny powiedziałaby "od początku". Jednak łatwo jest to powiedzieć, gorzej wcielić w życie. 
- Nigdy nikomu o tym nie mówiłam - zaczynam cicho. Wzdrygam się na dźwięk mojego głosu. Jest ochrypły i niepewny - Przez wiele lat dusiłam to w sobie, nie chciałam robić problemu. Jednak myślę, że po prostu bałam się, że osoba, której się zwierzę, uzna to za problem, coś okropnego i odpychającego - opowiadam wpatrzonemu we mnie Noah.
- Proszę, opowiedz mi tyle, ile możesz i chcesz - szepcze kojąco mężczyzna. 
Wstaję z łóżka, na którym oboje siedzimy i podchodzę do okna. Stoję tyłem do przyjaciela, przodem do zachodu słońca, który rozciąga się nad rzymskimi dachami. Biorę wdech i powracam do przeszłości:
- To było 4 lata temu. Dużo czasu, zarazem i bardzo niewiele. Jak może wiesz wyjechałam z Nowego Jorku do Londynu, aby studiować. Ta decyzja nie podobała się moim rodzicom, ale chciałam zmienić otoczenie, zmienić coś w swoim życiu. Na studiach szło mi bardzo dobrze, miałam wielu przyjaciół, chodziłam na imprezy, bawiłam się - milknę na krótka chwilę, aby unormować oddech - Pewnego wieczoru razem z Chloe, moją znajomą poszłyśmy do klubu. Na dobry początek wypiłyśmy kilka drinków i poszłyśmy tańczyć. Potem znowu piłyśmy, bawiłyśmy się razem lub z przypadkowymi facetami. Poszłam do toalety, a kiedy z niej wychodziłam ktoś złapał mnie za rękę. Nie bałam się, myślałam, że facet chce ze mną zatańczyć. Zaczął błądzić dłońmi po moim bardziej odkrytym niż zakrytym ciele. Podobało mi się to, ale nagle zaczął mnie ciągnąć w nieznanym kierunku. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ było niesamowicie ciemno. Zaczęliśmy biec, a potem opuściliśmy klub. Wiedziałam do czego to wszystko zmierza. Zaczęłam się wyrywać, ale to nie zadziałało. Postanowiłam zadzwonić do Chloe, ale on to zauważył i wyrwał mi telefon. Krzyczałam, a on uderzył mnie w policzek. Postanowiłam mu oddać, jednak zatrzymał moją rękę i ścisnął ją niesamowicie mocno. Chciałam uciec, ale zaczęło mi brakować sił. A kiedy zaczął mnie przyciągać bliżej siebie, zamknęłam oczy. Wiedziałam, że jestem już bezradna. Myślałam, że może jeśli przestanę się buntować, potraktuje mnie delikatnie, zostawi mnie. Myliłam się. Od razu poczułam jego obleśny dotyk na udach. Zaczął mnie macać - czuję za sobą ciepło. Obracam się i widzę Noah, który stoi za mną z oczami pełnymi bólu i nienawiści. Przytula mnie od tyłu, dając mi pocieszenie - Potem przerzucił przez ramie i zaczął gdzieś nieść. W końcu postawił na nogi i zobaczyłam, że jesteśmy w jakiejś ślepej uliczce, gdzie nie było żadnej żywej duszy. Jedynie latarnia, która ułatwiała mu dojście do moich majtek. Zaczęłam krzyczeć, bić go, ale na nic. Jedynie ponownie mnie uderzył i wyzwał - nerwowo ścieram słone łzy z policzków - Chciałam umrzeć. Wolałam zginąć niż zostać w ten sposób skrzywdzona. Potem wszystko działo się szybko. Rozdarł mi bieliznę i zaczął swoją robotę - w tym momencie stoję wtulona w klatkę piersiową przyjaciela i cała drżę. Drżę, łkam, na nowo to przeżywam. Noah gładzi mnie po plecach i delikatnie mruczy przy uchu. Mocno zaciskam dłonie w pięści na jego koszuli i wciąż płaczę. 
- Ze mną nic ci nie grozi - tłumaczy.
- Noah, zostałam zgwałcona! Jestem w jakiś sposób skażona, nieczysta, brudna od jego dotyku. Stałam się jego zabawką, pomogłam mu się zaspokoić. 
- Vilu - przyciska mnie mocniej do siebie.
- Od tamtego czasu nienawidzę mężczyzn. Boję się ich, ich obecności, wzroku, głosu... Wszystkiego, co jest z nimi związane. Na samym początku było to dla mnie nie do wytrzymania. Czas jednak leczył rany. I teraz jestem tu, wciąż przepełniona lękiem. 
- Dlaczego się mnie nie boisz?
- Jesteś gejem, a to z pewnością mnie uspokaja. Od samego początku czułam, że jesteś kompletnie niegroźny i się nie myliłam - mówię, patrząc mu w oczy.
- Cieszę się - całuje mnie w czoło i wciąż trzyma w żelaznym uścisku - Rozumiem, że do Verdasa nie czujesz tego samego...
Gdy słyszę imię wspólnika cała się wzdrygam. Powraca sytuacja, jaka miała miejsce jeszcze chwilę temu. Postanawiam więc opowiedzieć ją Noah.

- Dziękuję - szepcze mężczyzna, kiedy leżymy na łóżku. Powiedziałam mu o wszystkim i czuję się z tym niesamowicie dobrze.
- Ja też - wtulam się w niego i zaciągam przyjemnym zapachem umytego ciała.
- Vilu, nie jesteś w żaden sposób nieczysta. Nie mów tak. Jesteś po prostu skrzywdzona.
Kiwam twierdząco głową i zamykam oczy, mocniej wtulając się w jego klatkę piersiową. Zasypiam.

Budzi mnie dźwięk budzika. Od razu go wyłączam i jeszcze na chwilę pogrążam się we śnie. Następnie wstaję i zmierzam do łazienki. Opieram się o umywalkę i wpatruję się w swoje lustrzane odbicie. Gdybym powiedziała, że wyglądam strasznie, skłamałabym. Wyglądam jak wszystkie nieszczęścia razem wzięte i umieszczone w moim niewielkim ciele. Wzdycham ciężko i przejeżdżam dłonią bo brązowych włosach. Następnie odpycham się od umywalki i zrzucam z siebie koszulę nocną. Nalewam do wanny wody i kilka kropel olejku do kąpieli. Potem zanurzam się w ciepłej cieczy, która sprawnie rozluźnia moje mięśnie. Po upływie 20 minut wychodzę z łazienki i zmierzam do szafy, by wybrać strój. Ostatecznie zakładam skromną sukienkę w kolorze khaki. Układam włosy i maluję się. Gotowa wychodzę na korytarz, gdzie czeka już na mnie przyjaciel.
- Dzień dobry - mówi radośnie i przytula mnie. Chcę poczuć jego bliskość i bezpieczeństwo, dlatego też mocniej się w niego wtulam.
- Gdzie Verdas? - pytam, kiedy zmierzamy do windy.
- Nie mam pojęcia i w ogóle mnie to nie obchodzi - prycha. Stanowczo zmienił nastawienie w stosunku do mojego wspólnika po moim wczorajszym wyznaniu. Próbuję odgonić tamto wspomnienie, ale gdy mijamy miejsce, w którym wczoraj Verdas przeprowadzał swoją "próbę", ciarka przechodzi po moim ciele. Przyspieszam kroku, a powietrze wypuszczam dopiero, gdy drzwi windy się zamykają. Zjeżdżamy do restauracji i znajdujemy wolny stolik. Verdasa wciąż nie ma, ale jest mi to na rękę.
Kiedy kończymy śniadanie pojawia się zguba. Szybko idąc, zapina ostatnie guziki białej koszuli.
- Czyżby się zaspało? - pyta Noah, kiedy podchodzi bliżej. Jego ton ocieka złością i kpiną. Leon nie odpowiada na pytanie, a jedynie prycha i przewraca oczami. Jest perfekcjonistą i niedopuszczalne jest zaspanie. Gdy nasze spojrzenia krzyżują się, znowu się spinam. Jego wyraz twarzy łagodnieje, a usta układają się w coś na kształt uśmiechu. Szybko odwracam wzrok na przyjaciela, który z zaciekawieniem przygląda się sytuacji. Stukam nerwowo paznokciami, oczekując na Noah. Przez następne 15 minut czuję wzrok wspólnika na sobie, dlatego też nie czuję się dobrze. Mam chęć uciec jak najdalej. Nie mam ochoty na niego patrzeć. Skoro wiedział, że coś jest ze mną nie tak, nie powinien na siłę tego sprawdzać. Przez niego czuję się jak gówno, wszystko wróciło. Ale czy jestem na tyle silna, by się nie poddać?
Moje przemyślenia przerywa dźwięk telefonu. Nagle Noah przeszukuje kieszenie marynarki, a ja zamykam oczy. Modlę się, by nie odszedł od stołu. Kiedy lekko otwieram powieki widzę, że patrzy na mnie przepraszająco i wstaje od stołu. Głośno przełykam ślinę. Znowu jesteśmy sami, a powietrze staje się ciężkie.
- Co do wczoraj - zaczyna, a ja podnoszę się z miejsca. Nie mam zamiaru znowu się rozpłakać, pokazać, jak słaba jestem. Dosyć.

Czekam na skórzanej kanapie w przestronnej recepcji. Staram się uspokoić i wyglądać tak, jakby powrót do wczorajszego zdarzenia mnie nie przestraszył.
- Tu jesteś - słyszę głos przyjaciela. Idzie w moim kierunku, a za nim, swoim zmysłowym krokiem Verdas - Dlaczego wyszłaś?
- Musiałam - urywam i na moment spoglądam na Verdasa - Musiałam się przewietrzyć - kończę.
- No dobrze - mówi z niepewnością Noah - Auto już czeka.
Kiwam energicznie głową i podnoszę się z miejsca. Idę ramię w ramię z przyjacielem. Wspólnik znajduje się za nami. Coś mnie kusi, by na niego spojrzeć. Więc poddaję się i delikatnie obracam twarz w jego stronę. Szuka czegoś w kieszeni marynarki, a potem zauważam niewielką paczkę papierosów w jego dłoni. Nagle przenosi wzrok przed siebie, a nasze spojrzenia ponownie tego dnia się krzyżują. Prędko odwracam głowę i pewnie ruszam przed siebie. Znowu gram, ale tym razem zewnętrznie. Wewnętrznie jestem wciąż rozdarta i poszukuję dobrego opatrunku, który pomógłby w uleczeniu mnie.

Biurowiec nie jest wysoki, ale wewnątrz jest bardzo przestronnie. Sekretarka obdarza nas sztucznym uśmiechem i prowadzi do pana Colettiego. Wchodzimy do jego biura i się witamy. Cały czas czuję wzrok Verdasa na sobie i już sama nie wiem, dlaczego to robi. Czy chce znaleźć jakiś błąd? A może jest ciekaw mojej reakcji na spotkanie z kontrahentem? Niczego już nie wiem.
- Miło mi panią poznać, panno Catillo - młody mężczyzna o wyraźnych, włoskich rysach twarzy podaje mi dłoń. Niepewnie ją ściskam i układam usta w delikatnym uśmiechu.
- Wzajemnie - odpowiadam. Następnie mężczyzna wita się z moimi towarzyszami, po czym wszyscy zajmujemy miejsca na niewygodnej, białej kanapie. Siedzę pomiędzy Verdasem, a Noah. Kanapa jest zbyt mała, by każdy z nas mógł wygodnie usiąść. Dodatkowo całą lewą stroną stykam się z umięśnionym ciałem wspólnika, co nie pozwala mi na racjonalne myślenie.
- Za plac, który mam zamiar od państwa odkupić postanawiam zapłacić 4 miliony euro. To jest moja ostateczna propozycja - mówi pan Coletti. Ma może 30 lat i wygląda bardzo dobrze. Normalna kobieta pewnie zaczęłaby z nim flirtować. We mnie jednak jego wygląd budzi lęk. Chcę jak najszybciej skończyć to spotkanie i ulotnić się do innego miejsca, z dala od mężczyzn.
- Zgadzam się - potwierdzam i delikatnie się uśmiecham. Verdas wyjmuje z teczki dokumenty i kładzie je na biurko. Włoch podpisuje je i zerka na mnie.
- Robić interesy z taką kobietą to czysta przyjemność - ogłasza, a uśmiech z mojej twarzy znika. Odchrząkuję i staram się nie zachować dziwnie. Nagle czuję ciepły dotyk na łopatce. Spoglądam na Noah, a on pocieszająco się do mnie uśmiecha. Przygryzam dolną wargę i głęboko oddycham.
- To chyba wszystko - ogłasza Coletti - Jednak może mają państwo chęć zostać na kawę lub herbatę?
- Nie - mówię szybko - Dziękujemy - kończę uprzejmie. Jeszcze tego by mi brakowało. Kolejne 30 minut w obecności nieznajomego mężczyzny.
- Nie da się pani namówić? - rzuca szelmowsko.
- Zdecydowanie, nie - ciągnę i podnoszę się z miejsca - Cieszę się z współpracy, ale musimy już iść.
Mężczyzna podnosi się z miejsca i ponownie wyciąga dłoń w moim kierunku.
- Ja również się cieszę - w jego głosie słyszę kokieteryjny ton. Oddycham miarowo i uspokajam się w myślach. Przecież nic mi nie grozi, zaraz stąd wyjdę.
Ściskam szorstką dłoń nowego kontrahenta i zmierzam do wyjścia. To samo robią moi towarzysze.
- Do widzenia - rzucam w miarę miło i wychodzę. Zaraz potem Verdas mówi:
- To był błąd - patrzę na niego niepewnie.
- Nie rozumiem.
- Powinniśmy zostać na kawie. Tak robią wspólnicy - tłumaczy i nerwowo przeszukuje kieszenie.
- Nie uważam to za konieczność - syczę, kiedy wychodzimy z budynku. Leon zatrzymuje się na moment, by zapalić. My idziemy dalej.
- Wszystko dobrze? - pyta przyjaciel.
- Nie wiem. Mam już dość - przyznaję i wsiadam do auta.
Po upływie 5 minut dołącza do nas poranna zguba i ruszamy do hotelu. Atmosfera jest napięta. Nie zniosę dłużej towarzystwa Verdasa, jego uwag i komentarzy związanych z pracą. Nie wspominając już o jego "sprawdzaniu" czegokolwiek. Chcę znaleźć się w swoim łóżku i zapomnieć o wszystkim, co mnie męczy.
Wracam do pokoju hotelowego i czym prędzej zrzucam z siebie sukienkę. Postanawiam razem z przyjacielem pójść popływać w hotelowym basenie. Wiążę włosy w koka i przeszukuję walizkę. Kiedy znajduje bikini idę do łazienki i je zakładam. Przyglądam się sobie i w głowie zapala mi się czerwona lampka. Moje ciało jest praktycznie nagie. Okryte marnymi skrawkami czarnego materiału. Może będę w jakiś sposób działać na mężczyzn? Może przez to będą na mnie patrzeć? A przecież tego chcę uniknąć..
Załamana siadam na łóżku i zakrywam twarz dłońmi. Dlaczego to jest tak trudne? Dlaczego nie mogę zapomnieć? Postanawiam jednak być silna. Będę tam przecież z Noah, a przy nim mi nic nie grozi. Szybko więc zarzucam na siebie zwiewną sukienkę, chwytam torbę i wychodzę z pokoju. Na korytarzu czeka już mężczyzna, dlatego też uroczo się do niego uśmiecham.
- Gotowa? - pyta i całuje mnie w czoło. Kiwam twierdząco głową, w ramach odpowiedzi.

Basen nie należy do najmniejszych i znajduje się na zewnątrz budynku. Wszędzie są kobiety w skąpych strojach oraz mężczyźni, którzy eksponują swoje sylwetki. Łapię przyjaciela za rękę, a ten się do mnie uśmiecha. W końcu znajdujemy wolne leżaki i rozkładamy na nich hotelowe ręczniki. Zdejmuję sukienkę, wsmarowuję w ciało filtr i zakładam na nos okulary przeciwsłoneczne. Potem układam się na plecach, twarzą do słońca i zaczynam się opalać. Promienie słoneczne muskają moje spięte ciało. Chłonę witaminę D3 i od razu się relaksuję.
Po 30 minutach leżenia w promieniach słonecznych szturcham Noah.
- Hmm?
- Chodźmy popływać - proponuję i przenoszę się do pozycji siedzącej. Momentalnie mężczyzna wstaje i szeroko się do mnie uśmiecha.
- Mnie nie trzeba dwa razy prosić - puszcza do mnie oczko. Dołączam do niego i chwytam go za dłoń - Vilu, wyglądasz niesamowicie gorąco -komentuje, kiedy ogląda mnie od góry do dołu.
- Dziękuję - mruczę speszona.

Pływamy w chłodnej wodzie, relaksując się. Po pewnym czasie Noah postanawia pójść po coś do picia i zostawia mnie samą. Pływam więc jeszcze przez jakiś czas, a potem wchodzę z wody. Idąc w kierunku leżaka przejeżdżam wzrokiem po wszystkich gościach hotelowych. Tak jak ja niedawno, pławią się w słońcu. Nagle zauważam kogoś znajomego. Mrużę oczy i widzę Verdasa. Leży na leżaku po drugiej stronie basenu. Towarzyszą mu jakieś cytate laski, które z chęcią wskoczyłyby mu do łózka. Nagle nasze spojrzenia się spotkają. Ponownie nie potrafię spojrzeć w innym kierunku. Jego oczy są niesamowicie przyciągające. Potem widzę jak przejeżdża wzrokiem po moim ciele i ponownie wraca do oczu. Oddycham głęboko i szybko odwracam się w innym kierunku.

Po kolejnych 2 godzinach opalania postanawiam pójść po kolejny napój bezalkoholowy. Wracając z czymś do picia, drogę zachodzi mi umięśniony mężczyzna. Patrzę na niego niepewnie. Czuję jak serce zaczyna mi walić, a ręce nerwowo drżą.
- Od pewnego czasu cię obserwuje - zaczyna i posyła mi flirciarski uśmieszek. Robi mi się niedobrze.
- Przepraszam, ale muszę już iść - tłumaczę.
- Jesteś bardzo śliczną kobietą - unosi dłoń i przejeżdża jej wierzchem po mym rumianym policzku. Chcę uciec, ale nogi mam jak z waty. W końcu zbieram w sobie siły i ruszam przed siebie. On jednak łapie mnie za rękę. Ucisk mnie paraliżuje.
- Proszę mnie puścić - mówię chłodno.
- Nie udawaj niedostępnej, maleńka - puszcza do mnie oczko, a mnie zalewa zimny pot. Tylko nie to...
- Jakiś problem, kochanie? - słyszę za sobą. Mrugam kilka razy i niepewnie się obracam. Wytrzeszczam oczy, ponieważ widzę Verdasa. Ze złością patrzy na natrętnego mężczyznę i podchodzi bliżej mnie.




♥


Witam!

Hejka po dłuższej przerwie :)
Nie byłam obecna, ponieważ byłam na wakacjach ♥
Ten rozdział pisany był na szybko, więc na pewno jest milion błędów. Chciałam go napisać, gdyż wyjeżdżam na ŚDM.

Mam nadzieję, że rozdział nie wieje nudą :/
Czekam na Waszą opinię w postaci komentarzy :*

A jak Wy spędzacie wakacje? Ja jestem w szoku, że już połowa za nami ;((
A jeśli ktoś wybiera się na ŚDM, albo już tam jest, to dajcie znać ;)

Buziaki i do następnego

Ola 
♥

sobota, 9 lipca 2016

.06.



Rozdział dedykuję Naty :**




Maski.
Każdy z nas zakłada różne maski. Wybieramy jedną, w zależności od sytuacji, grona w jakim się znajdujemy czy, tak jak w moim wypadku, pozycji społecznej. Jak na zawołanie staję się człowiekiem odważnym lub radosnym, podczas gdy wewnątrz jestem złamana. Wśród znajomych jestem tą, za którą mnie uważają. Robię wszystko, aby dostosować się do grupy. Czasem nawet nieświadomie ją odziewam. Lecz nie tylko ja. Robi to każdy z nas, prawda?
Więc dlaczego je zakładamy?
Człowiek po prostu boi się pokazać, jaki jest naprawdę. Ukrywa głęboko schowane sekrety i słabości przed innymi. Kieruje nim wtedy strach przed zranieniem i krzywdą. Boi się braku akceptacji i odrzucenia. Mamy lęk przed pokazaniem prawdziwego siebie nawet przed najbliższymi nam osobami. Maskę bowiem możemy zdjąć tylko wtedy, gdy jesteśmy sami. Wówczas nie musimy udawać kogoś kim nie jesteśmy. Nie musimy też dostosowywać się do otoczenia i wymagań, które są nam stawiane. 
Gramy.
Gramy w chwili konieczności. Ukrywamy swoje uczucia, pokazujemy swą uśmiechniętą twarz, podczas gdy w środku przeżywamy tragedię. Ludzie nie oczekują od nas dzielenia się problemami, więc tego nie robimy. Dusimy je w sobie i udajemy, że wszystko jest w porządku. 
Można oszukiwać innych zakładając maskę. Jednak bardzo trudno jest kłamać oczami. Przez nie bowiem można odczytać każdą emocję i kłamstwo. 
Bardzo trudno jest spojrzeć w oczy komuś. Sobie jednak jest najtrudniej. Ciężko jest spojrzeć w swoje odbicie lustrzane i spytać - Kim ty jesteś?

- Gotowa? - pyta Noah, gdy wsiadam do jego auta by udać się na lotnisko. 
- Tak - mruczę cicho i zapinam pasy bezpieczeństwa. W aucie czuć zapach Noah. Nutka kawy wymieszana z miętą. Tapicerka jest wykonana z czarnej skóry, co dodaje szyku i elegancji. Widać, że dba o swój pojazd. Panuje w nim ład i porządek, co jest lekkim przeciwieństwem wesołego i zakręconego właściciela. Gdy auto rusza zaczynam przyglądać się migającemu widokowi za oknem. Wszystko jest rozmazane, ponieważ mój przyjaciel nie jedzie wolno.
Boję się. Boję się wyjazdu w towarzystwie mężczyzn. Czy potrafię tak długo wytrzymać w masce? Wczoraj przecież nie wytrzymałam. Po incydencie na środku ulicy spotkałam się z Noah w pobliskim parku. Dopiero po godzinie milczenia zaproponowałam powrót do firmy. Mężczyzna milczał razem ze mną. Przez cały czas czułam jego dłoń na plecach. Delikatnie kreślił nią kręgi na mojej spiętej skórze. Zdziwiłam się, ponieważ dawało to niesamowite ukojenie.
Noah traktuję jak brata, przyjaciela. Postanowiłam wyjawić mu prawdę. Opowiedzieć całą moją historię. Nie ustaliłam konkretnej daty, ale wiem, że to już niedługo, ponieważ nie mogę patrzeć, jak bardzo chce mi pomóc, a nie wie jak. Więc ostatecznie nie mogę nazwać go bratem, ponieważ mój własny brat nie zna prawdy. Cała rodzina żyje w przekonaniu, że samotne życie w Londynie zmieniło mnie z rozgadanej, pełnej werwy i radości dziewczyny w dorosłą, ale i lękliwą. Tyle zauważyli. Spostrzegli jedynie zmianę w moim zachowaniu i podejściu do życia. Mama nigdy nie zauważyła brudnych poduszek od tuszu, który spływał mi razem z łzami, gdy leżałam samotnie w pokoju wspominając ohydny dotyk mężczyzny. Tata nigdy nie spostrzegł, że za każdym razem, kiedy na kolacji pojawiał się jakikolwiek pracownik firmy, szybko odchodziłam od stołu lub wzdrygałam się, podając mu swoją dłoń, po czym szybko uciekałam do siebie. Chris nigdy nie zauważył, że od czasu powrotu z Londynu nie przebywałam już z jego kumplami, nie chodziłam na imprezy, tak jak było to kiedyś. Nikt nic nie zauważył. A może zauważył, ale temat wydawał mu się zbyt poważny? Może uważał, że sama najlepiej sobie z tym poradzę? Nikt mnie nigdy nie pytał o to, dlaczego się zmieniłam. Nikt mnie nie pytał, czemu tak, a nie inaczej reaguję na mężczyzn, a z pewnością było to widoczne. Pierwszą osobą był Noah. Jedynie on nie przemilczał i nie obdarował mnie dziwnym spojrzeniem. Tylko on zainteresował się moim losem, pomimo tego, że znamy się tak krótko. 
Nagle czują ciepło na udzie. Momentalnie odwracam się w stronę Noah i widzę go. Na twarzy rozciąga mu się nieśmiały uśmiech, jakby bał się, że zbyt dużym mógłby mnie przerazić. Jest ubrany w czarną koszulkę, która idealnie opina jego mięśnie ramion. Na nią zarzuconą ma jeansową kurtkę. Włosy delikatnie rozwiane przez poranny wiatr lekko opadają na czoło. Jego piękne tęczówki z zainteresowaniem i łagodnością wpatrują się w moje. 
- Jesteśmy na miejscu - informuje mnie cicho. Kiwam głową i biorę kilka głębokich wdechów. Potem wychodzę z auta i przy pomocy mężczyzny wyciągam walizkę z bagażnika. 
Ramię w ramię zmierzamy do wejścia, a potem do miejsca odpraw. Właśnie tam spotykamy Verdasa. Wita się z Noah uściskiem reki, a ze mną skinieniem. Czuję, jak przejeżdża wzrokiem moją sylwetkę. Szczerze, szykuję się na jakiś komentarz. Jest to przecież wyjazd biznesowy, a ja przyszłam ubrana w jeansy, koszulę w kolorze pudrowego różu i trampki. Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna się nie odzywa.
- Chodźmy - rzuca wesoło Noah.

Prywatny samolot wznosi się w powietrze, dlatego też czuję dziwny ucisk w brzuchu. Kiedy kapitan ogłasza, że możemy rozpiąć pasy, robię to z ulgą. Jednak gdy patrzę przed siebie ulga znika. Przede mną siedzi Leon Verdas, co nie może być w żaden sposób uspokajające. Ubrany w garnitur w kolorze ciemnego granatu, świeżo wyprasowaną, białą koszulę oraz czarny krawat w delikatne tłoczenia z zainteresowaniem patrzy w ekran laptopa. Przenoszę wzrok na jego twarz i ponownie stwierdzam, że jest przystojny.
Nasza współpraca nie jest idealna. W dodatku on jest mężczyzną, a ja mam przed nim lęk. Walczę z tym dla dobra ogółu, ale czasem jest to silniejsze ode mnie. Tak bardzo bym chciała zapomnieć o przeszłości, ale ona odcisnęła zbyt wielkie piętno. Z jednej strony chciałabym, żeby rodzice okazali zainteresowanie. Z drugiej, dobrzej jest, jak jest. Z pewnością moje wyznanie zaważyłoby na znaczeniu naszego nazwiska.
Nagle oczy Leona odrywają się od ekranu i kierują się na mnie. Moje ciało jest sparaliżowane. Nie byłam świadoma, że wciąż na niego patrzę. On jednak nic nie mówi. Jego oczy za to wyrażają wiele - zainteresowanie i niewiedzę na temat, o którym z pewnością chciałby wiedzieć. Pragnę spojrzeć w innym kierunku, ale nie mogę. Ku mojemu zdziwieniu, on też tego nie robi. Serce bije mi szybko, ręce zaczynają się pocić. Mój naturalny i dobrze znany mi odruch na towarzystwo mężczyzny.
- Może coś do picia? - z transu wyrywa nas głos stewardessy. Zamykam powieki i miarowo oddycham. Sytuacja, jaka miała miejsce przed chwilą była krępująca. Jednak zauważam, że w pewien sposób przywykłam już do towarzystwa Verdasa. Spędzamy razem dość sporo czasu. Ale jego płeć wciąż wywołuje u mnie niepożądane zachowanie. Problemem jest też jego aroganckie zachowanie i zdanie, jakie o mnie ma.
- Poproszę kawę - mówi Noah.
- Ja również - dodaje Leon. Następuje cisza, dlatego też otwieram powieki.
- Dziękuję - mruczę i posyłam kobiecie lekki uśmiech. Potem obracam się w stronę siedzącego obok mnie Noah. On również na mnie patrzy.
- Wszystko ok? - rusza wargami, nie wydając żadnego dźwięku. W odpowiedzi kiwam twierdząco głową, co oczywiście nie jest do końca prawdą. 
Przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówi, więc zamykam oczy.

Ciągnie w mnie w nieznanym mi kierunku. Wszystko dzieje się szybko. Na początku nie czuję strachu. Co może się stać wśród tylu ludzi? Z pewnością nic...
Mocno ściska moje ramię, aż się krzywię z bólu. Mężczyzna przyspiesza, można powiedzieć, że biegnie. Biegnę i ja, a raczej ciągnę się za nim. Kiedy wychodzimy z klubu wszystko zaczyna robić się dziwne. W głowie pojawiają się dziwne myśli, dlatego zaczynam wyrywać rękę.
- Puść mnie - mówię grzecznie. Mężczyzna nie reaguje, a jedynie obdarowuje mnie spojrzeniem. Spojrzeniem pełnym obleśnych myśli. Serce zaczyna mi szybko bić i momentalnie trzeźwieję. Zaczynam szukać telefonu w przewieszonej przez ramie torebce. Gdy go znajduję, wybieram numer przyjaciółki. Jednak nim zdążę się połączyć, telefon zostaje mi wyrwany. Patrzę z wyrzutem na mężczyznę, który jest ubrany w czarną bluzę z kapturem. Próbuję dostrzec jego oczy, ale muszę pogodzić się z rozczarowaniem.
- Oddaj - warczę.
Potem czuję jak mój policzek płonie. Wolną dłoń przykładam do obolałego miejsca i z łzami w oczach patrzę na niego. Uderzył mnie. Robię więc zamach i próbuję mu oddać, ale zatrzymuje mnie jego dłoń. Czuję niesamowicie bolesny ucisk na nadgarstku. Aż kucam z bólu. Po rozgrzanym do czerwoności policzku spływa słona, zimna i kojąca łza. Zaraz po niej kolejna i kolejna. Łkam, a on chwyta mnie za ramie i podnosi do pionu. Wyczuwam woń alkoholu i czegoś jeszcze. Zamykam oczy. Zaczynam rozważać, co chce mi zrobić. W głowie mam najgorszy scenariusz. Jego obleśny dotyk, który wyczuwam na nagich udach sprawia, że mam chęć zemdleć...

- Vilu - z koszmaru wyrywa mnie szturchanie w ramię. Otwieram oczy, całe mokre od łez. Pierś unosi się w górę i dół od szybkiego pochłaniania i wydychania powietrza. Nerwowo oblizuję spierzchnięte wargi i prostuję się na fotelu. Patrzę na Noah. Z niepokojem w oczach przygląda się mej osobie. Zaraz potem zerkam na Verdasa. Ma podobny wyraz twarzy co Noah oraz nachyla się w moją stronę. Z pewnością czekają aż im wytłumaczę co się dzieje. Ja jednak rzucam ciche, ochrypłe "przepraszam" i idę do toalety.
Gdy już tam jestem patrzę w swoje odbicie. Wyglądam okropnie. Wilgotne policzki, na których znajdują się czarne smugi od tuszu spływającego razem z łzami. Oczy są opuchnięte i niewielkie. Dostrzegam w nich strach, lęk, odrazę i niepewność. Każde z tych uczuć towarzyszy mi w codziennym życiu.
Korzystam z toalety i przemywam twarz wodą. W miarę uspokojona i ogarnięta wracam do moich towarzyszy podróży. Milczą, ale szczerze im się nie dziwię. Moje zachowanie przecież nie jest normalne.
Niepewnie zajmuję swoje miejsce i w ciszy oglądam kłębiaste chmury za oknem. Wiem, że oboje na mnie patrzą. Ale co mam im powiedzieć? Jak im to wytłumaczyć? Może gdyby był tu tylko Noah. Wtedy pewnie wyjaśniłabym mu wszystko od początku do końca. Jednak nie jesteśmy tu sami. A przecież przed Verdasem zgrywam zimną sukę. Chociaż mi to słabo wychodzi, a ta maska przed chwilą spłynęła razem z łzami.

Do Rzymu przylatujemy przed czasem. Każdy ciągnie swój bagaż, a od momentu mojego wybudzenia z koszmaru nikt nie odezwał się do siebie ani słowem. Pod lotniskiem czeka na nas szofer. Pakujemy się do białego auta. Ja i Noah z tyłu, Verdas z przodu. Przez 15 minut drogi do hotelu milczę, ale czuję na sobie wzrok przyjaciela. W końcu patrzę w jego smutne oczy i posyłam mu uśmiech, którego zadaniem jest uspokojenie mężczyzny. Oczywiście oszukuję go i siebie, co on z pewnością wie.
- Dziś sobie porozmawiamy - mówi, kiedy nachyla się do mojego ucha. Owiewa mnie jego chłodny oddech. Przymykam oczy i napawam się chwilą spokoju w jego towarzystwie. Potem kiwam głową, ponieważ wiem, że dłużej nie mogę uciekać.

Hotel jest bardzo nowoczesny. Dominuje tu biel i czerń, co bardzo mi się podoba. Jedna z pracownic prowadzi nas do naszych pokoi. Na moje szczęście, każdy ma swój. Skinieniem głowy żegnam się z przyjacielem i wchodzę do swojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Drzwi wejściowe otwierane są na kartę. W niewielkim holu znajduje się wieszak i kilka półek. Idę dalej i widzę część sypialnianą. Ogromne łóżko, na którym znajduje się biała, wykrochmalona pościel stoi na samym środku. Podchodzę bliżej i przysiadam na niej. Rozglądam się wokół. Po prawej stronie znajduje się wnęka, a w niej otwarta, przestronna łazienka. Podnoszę się, by dostrzec więcej. Pomieszczenie jest bardzo minimalistyczne i nowoczesne. Mogę ujrzeć swe odbicie w czarnych, wypolerowanych płytkach. Duża, fikuśnie wyprofilowana wanna stoi przy ścianie. Toaleta i umywalka również znalazły swoje miejsce. Po drugiej stronie łóżka rozciąga się okno. Otwieram drzwi balkonowe i wychodzę na dość sporych rozmiarów balkon. Mieszkamy na 16 piętrze, więc widok jest dość dobry. Przyglądam się urokliwemu i romantycznemu Rzymowi. Dominuje tu kolor rudy, kawowy i jasnobrązowy. Słychać uliczne hałasy spowodowane autami poruszającymi się po kamiennych drogach. Niektórym z pewnością to przeszkadza, ale to przecież urok tego pięknego miasta. Opieram się o barierkę wykonaną ze szkła, jak z resztą większa część hotelu. Spoglądam w prawo i zamieram. Moim sąsiadem jest Noah, to wiem. Jednak sąsiadem mojego przyjaciela jest nikt inny jak Verdas. Dzięki temu, że hotel jest w kształcie delikatnej podkowy, dokładnie widzę balkon wspólnika.
Ubrany w jedynie spodnie od garnituru stoi i tak jak ja, opiera się o barierkę. W jednej dłoni trzyma telefon i namiętnie z kimś rozmawia, w drugiej papierosa. Widzę, jak nerwowo stuka jednym z palców w jego część z filtrem. Co chwilę przykłada go do ust i z pasją się nim zaciąga. Z pewnością go to uspokaja. Przecież dobrze wiem, jak wygląda jego życie. Tak jak mojego ojca, kiedy jeszcze pracował. Nieprzespane noce, wieczne telefony i spotkania. Leon został pewnie zatrudniony, ponieważ ojcu było już zbyt ciężko. Rozumiem go.
Verdas obojętnie patrzy przed siebie. Dlatego też obserwuję jego sylwetkę. Ma idealnie wyrzeźbione ciało. Nie za mocno i nie za słabo. Tak jak ostatnio w samolocie, nie mogę oderwać od niego wzroku. Oddycham głębiej i wyczuwam zapach tytoniu. Zaraz potem potrząsam głową by obudzić się z transu. Tak też się dzieje. Jednak dziwię się swojemu zachowaniu. Jeszcze kilkanaście dni temu, na widok Verdasa w połowie nagiego uciekłabym do swojego pokoju, cała zalana lękiem. Teraz tak się nie dzieje. Z pewnością to przez czas, jaki spędziłam w jego towarzystwie. Może muszę przebywać z mężczyznami, by się do nich przyzwyczajać? Jednak nie wiem co myślą i jakie mają plany, a to mnie zabija. Zabija mnie myśl, że ich myśli mogą być względem mnie nieodpowiednie, nieczyste. W Verdasie dodatkowo odpycha mnie to, że uważa, iż nie poradzę sobie w tej branży. Sądzi, że mój tata popełnił błąd. A tak przecież nie jest.
Pogrążona w myślach wracam do pokoju. Jest 17.00, a do kolacji pozostały 2 godziny. Postanawiam więc wziąć kąpiel. Zrzucam z siebie ubrania i nalewam do wanny wody. Używam też kuli do kąpieli o waniliowym zapachu. Kiedy kąpiel jest gotowa, wchodzę do wanny. Delikatnie muskam swoje ciało wierzchem dłoni. Momentalnie się rozluźniam. Opieram głowę o zagłówek i próbuję się odprężyć.

Ostatni raz poprawiam swoje włosy, które kaskadami opadają na ramiona. Ubrana w białą sukienkę i pastelowe szpilki wychodzę z pokoju. Ciągnie się za mną zapach moich ulubionych perfum od Chanel. Delikatnie pukam w drzwi do pokoju mojego przyjaciela. Nie czekam długo aż mi otworzy. Od razu uderza mnie jego woń. Stoi w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Powiem ci, że wyglądasz świetnie - zaczyna, kiedy przepuszcza mnie w drzwiach. Sam właśnie podwija rękawy błękitnej koszuli. Wygląda dobrze, a nawet bardzo dobrze.
- Dziękuję i wzajemnie - puszczam mu kokieteryjne oczko, z czego oboje się śmiejemy. Potem wychodzimy z jego pokoju. Na przestronnym korytarzu spotykamy Leona. Ubrany w koszulę, w której rozpięte ma ostatnie guziki i garniturowe spodnie wygląda perfekcyjnie. Jest ideałem dla każdej kobiety, ale nie dla mnie.
Rzuca nam ciekawskie spojrzenie, jakby czekał, aż powiemy mu, że przed chwilą uprawialiśmy seks. Wywracam oczami i próbując być miła unoszę jeden kącik ust. Chciałabym się uśmiechnąć, ale wychodzi mi bardziej grymas. W głębi duszy mam nadzieję, że Verdas odpuści w sprawie mojego zachowania w samolocie.
Razem przemierzamy korytarz, aż docieramy do windy. Naciskam przycisk i w ciszy czekamy. Po chwili słyszymy charakterystyczny dźwięk i wsiadamy do metalowego pudła. Winda jest duża, ale nie na tyle, bym czuła się bezpiecznie w towarzystwie Verdasa. Droga na dół wydaje się być wiecznością. Powietrze zaczyna gęstnieć, gdy w jednym z luster, którym obudowana jest winda spotykam wzrok wspólnika. Ponownie żadne z nas się nie odzywa. Jedynie wpatrujemy się w siebie. Ja obojętnie, on z ciekawością. Jakby próbował mnie przeanalizować, rozgryźć. Wtem słyszę dźwięk, który sygnalizuje otwarcie się drzwi. Mrugam szybko i odrywam się od tęczówek mężczyzny. Odwracam się i wychodzę.
W hotelowej restauracji siadamy oczywiście przy jednym stoliku. W myślach przeklinam, ale nie mogę nic zrobić. Stolik jest czteroosobowy. Siedzę na przeciwko dwóch mężczyzn.
- Jutro spotkanie z kontrahentem, panem Coletti odbywa się o 10.00. Zaprosił on nas do swojego biura, więc musimy wyjechać o 9.30 - miłą cisze przerywa Noah, na co kiwam głową ze zrozumieniem.
- Przygotowała pani kopie dokumentów do podpisania? - odzywa się ochrypłym głosem Leon. Wzdrygam się na jego ton, ale próbuję zachowywać się normalnie, a przynajmniej tak, by nie zaniepokoić moich towarzyszy.
- Oczywiście, że tak - mówię pewnie. Wiedziałam, że będzie chciał mnie sprawdzić.
- Plany budowy? - dodaje.
- Mam - odpowiadam.
- Lista chętnych firm do realizacji budowy?
- Też - zaczynam się denerwować.
- A... - ponownie się odzywa, ja jednak postanawiam mu przerwać.
- Mam wszystko, czego potrzebujemy - oznajmiam donośnie, mocniej zaciskając dłoń w pięść.

Podczas kolacji prawie się nie odzywamy. Oczywiście, bardzo mnie to cieszy. Gdy posiłek dobiega końca słyszę głos dzwoniącego telefonu. Potem Noah wstaje od stołu i przepraszając nas wcześniej odchodzi z telefonem przy uchu. Powietrze ponownie staje się gęstsze. Serce przyspiesza swoją pracę. Głośno przełykam ślinę i ostatni raz tego wieczoru biorę łyka czerwonego wina.
- Już pójdę - ogłaszam i wstaję od stołu.
- Ja też już skończyłem - informuje Verdas, a ja czuję jak robi mi się niedobrze. W odpowiedzi jednak kiwam ze zrozumieniem głową i czekam aż zasunie za sobą krzesło. Potem szybkim krokiem udaję się w kierunku wind. Wiem, że idzie za mną, ale udaję niewzruszoną. Czekam chwilę i wchodzę do "pojazdu". On za mną. Naciskam odpowiedni guzik, a drzwi się zasuwają. Czuję jak kolacja podchodzi mi coraz wyżej. A to wszystko przez bliskość i towarzystwo Leona. Patrzę w jeden punkt przed sobą. przechodzi mnie dreszcz, bo wiem, że się mi przygląda.
Na moje zbawianie drzwi się rozsuwają. Gestem ręki Leon przepuszcza mnie pierwszą. Zaciskam wargi, kiedy obok niego przechodzę, aby przypadkiem nie wydobył się przeraźliwy jęk. Jednak kiedy mijając go ocieram się o jego klatkę piersiową otwieram buzię i głośno biorę wdech. Tego nie da się nie zauważyć. Czym prędzej więc idę w kierunku pokoju. Gdy jestem już blisko, zatrzymuje mnie jego głos.
- Poczekaj - mówi łagodnie. Staję w bezruchu. Słyszę jak się do mnie zbliża. W głowie mam jak najgorszy scenariusz. Przymykam na moment powieki, po czym je otwieram i obracam się w jego kierunku. Stoi metr ode mnie i z ciekawością się przygląda..
- Tak? - jąkam się.
- Co się z tobą dzieje? - pyta. Zawsze po pracy zwraca się do mnie po imieniu, jak na profesjonalistę przystało.
- Nie rozumiem - wiem, najlepiej udawać głupią.
- Dobrze wiesz o czym mówię - wywraca oczami - twoje zachowanie nie jest normalne.
Jakbym tego nie wiedziała...
- Przepraszam, ale muszę iść.
- Coś ukrywasz - oznajmia, a ja wytrzeszczam oczy. Kolejna osoba, która zainteresowała się moim losem.
Potem powoli podchodzi do mnie. Korytarz jest pusty i ciemny. Pali się jedna lampa, dając romantyczny, ale i przerażający klimat. Głośno przełykam ślinę, szykując się na najgorsze. Nie znam jego myśli, i to mnie niepokoi najbardziej. Po chwili wyciąga rękę i opuszkami palców przejeżdża po moim rumianym policzku. Zamykam oczy, do których cisnął się łzy. Warga zaczyna mi niekontrolowanie drgać, a ja zaciskam je obie, by nie wybuchnąć płaczem.
Jego dotyk jest taki sam jak tamtego mężczyzny. Tak samo szorstki i nieprzyjemny. Pozostawia po sobie palące smugi. Mam chęć uciec, ale nie mam tyle sił. Jakby wmurowało mnie w ziemie. Wówczas czuję, jak po policzkach płyną łzy. Nagle przestaje czuć jego palce. Otwieram więc oczy i widzę idealną twarz Leona. Zielone oczy wpatrują się w moje ze smutkiem i niewinnością.
- Nie bój się mnie - mruczy - Nie skrzywdzę cie. Chciałem tylko sprawdzić, jak zareagujesz - tłumaczy.
Odsuwam się na bezpieczną odległość i wpatruję się w niego z żalem. Serce wciąż szybko bije.
- To wszystko? - rzucam ochryple.
- Nie rozumiem twojego zachowania - przyznaje, ściągając brwi.
Wpatruję się w niego resztkami sił.
- Ty nic nie wiesz - szepczę, ale wiem, że to słyszy. Potem zawracam się i otwieram drzwi do pokoju. W holu zdejmuję szpilki i co chwilę wycierając mokre policzki zmierzam do sypialni. Tam rzucam się na łóżko i zaczynam łkać. Nie obchodzi mnie, czy ktoś to usłyszy. Moczę łzami poduszkę, którą kurczowo trzymam przy sobie. Jestem słabsza niż myślałam.
Nagle słyszę pukanie do drzwi. Niepewnie wstaję i poprawiam swój i tak marny wygląd w lustrze. Potem otwieram delikatnie drzwi, w razie gdyby był to Verdas. Okazuje się jednak, że jest to Noah. Otwieram drzwi szerzej i patrze na niego zapuchniętymi oczami.
- Musimy porozmawiać - informuje i wchodzi.



♥

Joł!
Rozdział taki nawet, nawet :)
W sumie, podoba mi się.
Jednak chcę znać też Waszą opinię!

Jak mijają Wam wakacje?
Szybko, przyjemnie, nudno..?

Przypominam, że do poniedziałku trwa konkurs na OS. 
Od razu mówię, że na pewno się odbędzie, ponieważ przysłana została odpowiednia ilość prac. 
Jednak może ktoś jeszcze chciałby się sprawdzić i coś napisać?

:)

Czekam na Waszą opinię!



Całuuuski :*

sobota, 2 lipca 2016

.05.


Rozdział dedykowany Rosalie XxXxXxX ♥


Otoczenie kreuje świat jako kolorowy, pełny szczęścia i radości. I właśnie z takim założeniem większość ludzi żyje. Muszą oni się jednak przekonać na własnej skórze, jak okrutne bywa życie. Jak ofiarą nieszczęścia pada niczemu winny człowiek. 
Czuję jak ktoś łapie mnie za łokieć. Z lekkim uśmiechem obracam się i mrużę oczy by kogokolwiek dostrzec. Mimo wysiłku, widzę jedynie czarną postać. 
- Mogę w czymś pomóc? - krzyczę, by przebić się przez klubową muzykę. Osoba nie odpowiada, a jej dłoń na moim łokciu jeszcze bardziej się zaciska. Zaczynam być lekko przestraszona, ale nieznaczny nadmiar alkoholu we krwi szybko to niweluje.
Potem czuję drugą dłoń, tym razem na moim biodrze. Wówczas już wiem, że jest to mężczyzna. Moją pierwszą myślą jest, że chce on ze mną po prostu zatańczyć....

Budzę się cała spocona. Kolejny raz od kilku lat mam nocne koszmary. Głęboko oddycham i rozglądam się po sypialni, która oświetlona jest przez uliczne latarnie. Próbuję unormować oddech i tętno, jednak bardzo słabo mi to wychodzi. Nagle słyszę jakiś szmer. Podnoszę się do pionu i wsłuchuję w hałas. Możliwe, że są to moje urojenia. Możliwe też, że ktoś jest w mieszkaniu. 
Działam pod wpływem impulsu. Szybko zamykam drzwi do sypialni na klucz. Potem biorę do ręki telefon i wybieram numer. Numer Noah, jak mi się zdaje.
Po kilku sygnałach słyszę męski, zaspany głos. 
- Halo? 
- Zrób coś dla mnie - mówię głosem pełnym lęku. 
- Słucham? - zamieram. To głos Leona Verdasa - Czy pani jeste normalna!? - unosi się, a dla mnie jest już za wiele. Szybko się rozłączam i wybieram numer Noah, tym razem upewniając się, że jest poprawny. 
- Tak? - słyszę pomruk Noah.
- Przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale mam wrażenie, że ktoś jest w mieszkaniu - wyznaję.
- Przyjść? - proponuje, a ja czuję ulgę.
- Jeśli  nie jest to dla ciebie problem...
- Będę za 15 minut, trzymaj się - mówi i rozłącza się,
Odkładam telefon na szafkę nocną i siadam po turecku na łóżku. Wsłuchuję się w ciszę i zauważam, że hałasy ustały. Nie ruszam się jednak z miejsca. W mojej głowie pojawia się za to kilka pytań.
Co pomyśli o mnie Verdas? Jakim cudem wybrałam do niego numer? Z pewnością osądzi mnie o nocne imprezowanie. A Noah? Czy powinnam go tak wykorzystywać? Znamy się dopiero kilka dni, a ja uważam go za dobrego kolegę, jak nie przyjaciela. Czy wszystko nie toczy się zbyt szybko? Noah to bardzo dobry człowiek, potrafi mnie rozweselić jedynie swoją obecnością. Do tego jest gejem, co sprawia, że potrafię mu zaufać, nie tak jak innym mężczyznom.
Z moich rozmyślań wyrywa mnie dzwonek do drzwi. Niepewnie wstaję i na palcach zmierzam do wejścia. Spoglądam przez wizjer. Wydycham powietrze z ulgą, kiedy widzę uśmiechniętego Noah. Mężczyzna mimo mojej pobudki o 3.00 w nocy potrafi być radosny.
- Witaj szefowo - mówi, gdy otwieram mu drzwi i wpuszczam go do środka.
- Hej - mruczę.
- Więc sądzisz, że ktoś tutaj jest? - pyta, zapalając wszystkie światła.
- Słyszałam jakieś hałasy -  zaczynam - Jednak możliwe, że był to wytwór mojej wyobraźni.
- Tak po prostu się obudziłaś?
- Nie, obudziłam się, ponieważ miałam koszmar - tłumaczę cicho, nie patrząc mu w oczy. Czuję jednak, że on się we mnie wpatruje.
- Czy to ma związek z twoim lękiem do mężczyzn?
Przez dłuższą chwilę milczę. nagle podłoga i nagie stopy stały się niesamowicie ciekawe. Mam mu o wszystkim powiedzieć? Nie powiedziałam rodzicom, bratu, przyjaciółce... A mężczyźnie, którego znam od kilku dni mam opowiedzieć to, co stało się w Londynie?
- Tak - mówię jedynie to, bo potem czuję jak jego ramiona mnie oplatają.
- Vilu - szepcze w moje włosy - Jeśli mi opowiesz, zapewniam cie, że będzie ci lżej.
- Nikomu o tym nie mówiłam - czuję jak po policzku wędruje łza - Potrzebuję czasu Noah.
- Rozumiem, poczekam - zapewnia i jeszcze mocniej wtula mnie w swoja klatkę piersiową. Zaciągam się jego męskimi perfumami.

Tą noc spędzamy na rozmowie, o wszystkim i o niczym. Dowiadujemy się o sobie rzeczy, które powinniśmy o sobie wiedzieć. Ulubiony kolor, piosenka, książka, film, zespół... Wszystko co przyjaciel powinien wiedzieć o przyjacielu. Nadrabiamy kilkanaście lat w jedną noc.
- Jesteś tu sam? - pytam, gdy oboje leżymy na moim łóżku, wpatrzeni w sufit, zajadając truskawki.
- Tak - mówi dość smutno, co daje mi znak, by ciągnąć temat.
- Dlaczego? Gdzie jest twoja rodzina? - obracam się na brzuch, by patrzeć mu w oczy.
- Pochodzę z miasteczka, niedaleko Chicago. Tam jest cała moja rodzina.
- Dlaczego zamieszkałeś tutaj? - po moim pytaniu Noah zamyka oczy. Z pewnością najbliższe wyznanie nie jest dla niego łatwe.
- Cała moja rodzina jest mocno wierząca. Dlatego też nie akceptują tego, jaki jestem - opowiada, a mi jest szalenie przykro - Dla nich jestem skreślony. Jestem ich synem jedynie w dokumentach - momentalnie łapie go za dłoń i mocno ściskam. Chcę, żeby wiedział, że jestem z nim - Dlatego wyjechałem.
Wpatruję się w jego twarz. Jest bardzo przystojny. Nie rozumiem, dlaczego tak cudowny człowiek został tak potraktowany. Kocha się za to jakim się jest, a nie za to, kim się jest. Miłość powinna być ponad wszystko.
- Nie wiem co powiedzieć - zaczynam po kilku minutach ciszy - Tak bardzo mi przykro.
Mężczyzna spogląda na mnie swoimi pięknymi oczami. Zaraz potem na jego twarzy pojawia się uśmiech. Mogę stwierdzić, że jestem oczarowana jego osobą.
- Niepotrzebnie. Najwyraźniej, tak miało być - wciąż się uśmiecha.

Następnego dnia budzę się, słysząc mój budzik. Nie wyłączam go jednak, ponieważ robi to ktoś inny. Czuje męskie perfumy oraz rozbudowaną klatkę piersiową pod głową. Zamieram. Szybko jednak przypominam sobie ostatnią noc.
- Dzień dobry, szefowo - słyszę głos Noah. Mimowolnie się uśmiecham i spoglądam na niego.
- Dzień dobry.
- Mam nadzieję, że dobrze ci się spało na mnie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
- Jest 6.00! Dziewczyno, czemu wstajesz tak wcześnie? Mamy na 8.00 - i znowu powraca niepoważny Noah, którego ubóstwiam.
- Gdybyś był kobietą, też byś wstawał o tej porze - przyznaję i podnoszę się z łóżka.
- Pośpię jeszcze kilka minutek, dobrze? - mruczy, wtulając twarz w pościel. Wygląda tak uroczo, że nie mogę mu odmówić. Kiwam więc głową i ruszam do łazienki.
Ubrana w granatową sukienkę wchodzę do sypialni. Mój gość wciąż śpi. Zakradam się więc po cichu i delikatnie szturcham jego ramie. Momentalnie otwiera oczy.
- Koniec tego dobrego, przyjacielu - mówię i wychodzę do kuchni, gdzie przygotowuję śniadanie. Jem je razem z mężczyzną, który zaraz potem wychodzi, by przygotować się do pracy.
Wykonuję jeszcze lekki makijaż i wiążę włosy w kucyk. Gotowa wychodzę z mieszkania i zmierzam do firmy. Plan na dziś? Racjonalnie wytłumaczyć mój telefon w środku nocy Verdasowi.

Tak jak zawsze, obcasy uderzają o płytki w lobby. Winda przenosi mnie na odpowiednie piętro i ruszam do swojego biura. Po drodze napotykam kilka osób, z którymi się witam.
Znajdując się w swoim biurze czuję się bezpiecznie. Proszę Mię o szklankę wody i zaczynam przeglądać umowy, które w najbliższym czasie muszę podpisać i uzgodnić z kontrahentami z Włoch.
Wtem rozlega się donośne pukanie. Przygotowuję się na najgorsze, czyli spotkanie z Verdasem i konieczność tłumaczenia mu mojego zachowania. Z pewnością już pobladłam, a moja twarz jest pełna lęku. Mówię ciche "proszę", a drzwi się otwierają. Ku mojemu szczęściu, w progu stoi Noah, a nie Leon Verdas.
Mężczyzna przygląda mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jakby analizował wszystko, co dotychczas się stało.
- Dlaczego wyglądasz jakbyś szła na śmierć? - pyta, kiedy wchodzi do pomieszczenia i wygodnie rozsiada się na swoim stałym miejscu. Przełykam ślinę, szykując odpowiednią wypowiedź.
- Myślałam, że to Verdas - szepczę, na co Noah zaczyna się śmiać.
- A co tym razem się stało?
- Nie chcesz wiedzieć - wiem, że dla niego będzie to zabawne. Dla mnie jest to sprawa bardzo poważna.
- No mów - znowu przeciąga ostatnie słowo. Patrzę na jego wyczekującą minę. Potem przenoszę wzrok na jeszcze mokre włosy. Z pewnością mył je przed wyjściem do pracy.
- W nocy, kiedy postanowiłam do ciebie zadzwonić - opowiadam - przypadkowo zadzwoniłam do Verdasa.
Noah wytrzeszcza oczy i milczy. Nie trwa to długo, ponieważ od razu zaczyna się śmiać.
- Noah - jęczę - To wcale nie jest śmieszne! Teraz będę musiała się tłumaczyć.
- Oj tak. Skróciłaś idealną długość snu Verdasa o kilka minut - jedynie przewracam oczami i podchodzę do niego.
- Co mam mu powiedzieć? " Hej Leon, zadzwoniłam do ciebie o 2.00 w nocy, ponieważ słyszałam jakieś hałasy w domu plus miałam koszmar. A w taki, a nie inny sposób reaguje na mężczyzn, więc postanowiłam zadzwonić do Noah, ale przypadkiem wybrałam twój numer?" - udaję rozmowę z Verdasem - zadziała?
Chwilę później Noah zatacza się na kanapie.
- Przestań się śmiać. Pomóż mi - mówię, sama powstrzymując śmiech.
- No dobrze - uspokaja się - Więc powinnaś..
Przerywa mu jednak pukanie. Oboje na siebie patrzymy.
- Powodzenia - szepcze Noah, podnosząc się z miejsca. Momentalnie do biura wchodzi Verdas. Ubrany w czarny jak smoła garnitur. Włosy idealnie zaczesane do tyłu, zarost świeżo ogolony. Do moich nozdrzy równie szybko dochodzi zapach jego wody kolońskiej.
- Może mi pani coś wyjaśnić? - zaczyna niemiło. Kiwam głową i wpatruję się w jego szmaragdowe oczy - Mogę wiedzieć, dlaczego wydzwania pani do mnie w środku nocy?!
Mężczyzna podchodzi do mojego biurka i tak jak ostatnio, nachyla się w moją stronę. Wówczas czuję nowy, dotychczas nieznany mi zapach. Połączenie dymu papierosowego i czegoś słodkiego. Ku mojemu zdziwieniu, zapach mi się podoba. Dlatego też wstrzymuję powietrze.
- Usłyszę odpowiedź? - jest zdenerwowany, a ja jestem tego powodem.
- Po prostu pomyliłam numer - odzywam się w końcu.
Przez dłuższą chwilę wpatrujemy się w siebie. Oboje milczymy, oboje analizujemy twarz drugiej osoby.
Na jego, mogę dostrzec perfekcyjne kości policzkowe oraz malinowe usta. Nerwowo przejeżdża po jednej z warg językiem, na co się wzdrygam. Zamykam oczy i odsuwam się od niego. Łamał moją przestrzeń. Sama się sobie dziwię, że jeszcze nie uciekłam.
- Powiedzmy, że pani wierzę - ogłasza, prostując się i poprawiając marynarkę. Oddycham ciężko i wciąż nie otwieram oczu - Do zobaczenia o 11.00
Wyszedł. Od razu otwieram oczy. Moje zachowanie z pewnością nie jest normalne i prawdopodobnie uważa mnie za nienormalną. Ja jednak nie umiem inaczej funkcjonować. Muszę w jakiś sposób uciekać, chronić się.

- I jak poszło? - pyta Noah, kiedy ponownie mnie odwiedza.
- Jakoś poszło - mruczę, zajęta papierkową robotą.
- Jest 10.56, więc jeśli nie chcesz zaburzyć idealnych planów twojego wspólnika, radzę się zbierać do jego biura - informuje, a ja cała się spinam.

Korytarz wydaje się być niesłychanie długi, co mnie denerwuje. Droga od biura do biura się dłuży, przez co moje ręce maja szanse się spocić.
Pukam do drzwi, a po usłyszeniu pozwolenia, niepewnie wchodzę. Tak jak ostatnio, mężczyzna siedzi za biurkiem i wpatruje się we mnie. Czując jego wzrok na sobie, siadam na skórzanej kanapie, która jest uspokajająco chłodna. Leon od razu przechodzi do konkretów. Wymieniamy swoje opinie i oczekiwania względem nowej inwestycji. Spotkanie trwa godzinę, co dla mnie wydaje się być stanowczo za długo.
- Mam nadzieję, że jest pani spakowana - oświadcza, kiedy odrywa się od ekranu komputera.
- Nie rozumiem - przyznaję i patrzę na niego, oczekując wyjaśnień.
- Właśnie dostałem maila z informacją o spotkaniu z kontrahentem z Włoch. Musimy się tam stawić pojutrze, czyli wyjeżdżamy jutro.
Wpatruję się w niego z niedowierzaniem. Kiedy wyobrażałam sobie naszą współpracę, myślałam o tym, co teraz robimy, czyli podpisywanie, uzgadnianie i wspólny udział w konferencjach. Nie brałam pod uwagę żadnych wyjazdów!
Czym prędzej podnoszę się i zmierzam ku wyjściu. Bez słowa wychodzę i zmierzam do siebie. Tam zastaję Noah.
- Jutro wyjeżdżasz z Verdasem na spotkanie z kontrahentem z Włoch - mówi od razu.
- Zostałam poinformowana - oświadczam i siadam przy biurku.
Patrzę w przestrzeń. Szukam jakiegoś rozwiązania. Nie boję się wyjazdu z Verdasem. Jestem tym przerażona. Nie wiem, czy uda mi się wytrzymać praktycznie całodobowe udawanie bezwzględnej i odważnej kobiety. Nagle w głowie pojawia mi się pomysł.
- Pojedź z nami - mówię, wpatrując się z nadzieją w Noah.
- Dlaczego mam to zrobić? - pyta się, siadając na biurko.
- Ponieważ jestem twoją szefową - mówię odważnie - i potrzebuję cie - dodaje cicho.
Mężczyzna się uśmiecha i kładzie swoją dłoń na mojej.
- Masz to jak w banku, szefowo - puszcza mi buziaczka w powietrzu i zeskakuje radośnie z drewnianego mebla. Potem wychodzi i zostawia mnie samą z moimi myślami.

Tym razem lunch muszę zjeść sama. Po posiłku w pobliskiej restauracji wychodzę na ulicę. Zachodzę też do kawiarni, by wziąć kawę na wynos.
Przemierzam ruchliwą ulicą Nowego Jorku, niosąc w ręku kawę. Przeciskam się między przechodniami. Nagle czuję, jak ktoś łapie mnie za łokieć. Przed oczami mam wspomnienie dzisiejszego koszmaru, który ukazywał minioną rzeczywistość. Cała drętwieje, ale ostatkiem sił obracam się w kierunku osoby, która mnie zatrzymała. Przełykam ślinę, kiedy widzę Leona Verdasa. Nie znam jego zamiarów i właśnie dlatego jestem przerażona. Czuję jak topię się pod jego wzrokiem. Serce bije mi niesamowicie szybko, a do oczu cisnął się łzy. Gigantyczna pięść strachu zgniata moje płuca. Niby banalna sytuacja, a ja mam ochotę uciec. Delikatnie szarpie moje przedramię w swoją stronę. Jego miętowy, tytoniowy oddech owiewa moją twarz. Ponownie ciężko przełykam ślinę, a moje gardło zawiązane jest w supeł. Szorstkie opuszki palców, znajdujące się na mojej skórze powodują, że w głowie maluje się obraz tamtej nocy. Czuję tamten ból, mimo, że minęło tak dużo czasu. Czuję wszystko tak samo, jakby działo się to wczoraj. Od tamtego czasu każdy mężczyzna jest kluczem do drzwi wspomnień.
- Violetto - mówi, a jego oczy są pełne zdziwienia. Z pewnością nie wie, dlaczego jestem w takim stanie.
Milczę.
- Zostawiłaś telefon w kawiarni - podaje mi urządzenie. Wciąż jestem w szoku - Wszystko w porządku?
W odpowiedzi jedynie kiwam głową.
- Violetto - ciągnie zdecydowanie zainteresowany moim zachowaniem.
- Muszę iść - mruczę ostatkiem sił i odchodzę.
Ta sytuacja trwałą moment. Ja odczuwam, jakby wieczność.
W szoku, ledwo widzę na oczy i nagle znowu ktoś mnie pociąga do tyłu. Po ciele przechodzi mnie dreszcz, więc dobrze wiem, że jest  to mężczyzna.
- Patrz na drogę! - słyszę głos Verdasa. Potem widzę auto, które trąbi i mknie przed moimi oczami - Prawie wpadłaś pod samochód!
Obracam się i patrzę w jego oczy. Nie widzę w nich pogardy, a złość i przerażenie. Ponownie się wyrywam. Strach i lęk jeszcze bardziej mnie ogarnia, co z pewnością jest widoczne.
- Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię - zapewnia, a ja odchodzę. Z oczu płyną mi łzy, dlatego też nic nie widzę. Wybieram numer Noah i czekam, aż odbierze.


♥

Hey :D
Rozdział - spóźniony. 
Jednak teraz obiecuję poprawę i pojawiać się one będą częściej!

Mam nadzieje, że chociaż trochę się Wam spodobał :)

Przypominam również o konkursie na OS. 
Trwa on do 11 lipca.
Zachęcam do wzięcia udziału :D

Czekam na Waszą opinię dotyczącą rozdziału.

KOMENTUJCIE I MOTYWUJCIE

Buziaaak
Violetta Vilu
:*

poniedziałek, 27 czerwca 2016

< WAŻNE >




Hej!
Od dłuższego czasu się nad tym zastanawiałam i w końcu nadszedł ten dzień.
Nie mówię tu o odejściu czy coś :)

Chciałabym zorganizować konkurs na One Shot!
Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału nawet Anonimowych Czytelników, którzy nie posiadają bloga. Wystarczy, że wysyłając pracę podadzą swoje imię lub nick :)

Co powinniście wiedzieć:
- konkurs rozpoczyna się od dnia dzisiejszego,
- jedyne ograniczenie jest takie, że OS ma dotyczyć Leonetty/Jortini - nic więcej :D
- jeśli dotrą do mnie mniej niż 4 prace - konkurs się nie odbędzie,
- OS może być napisany specjalnie na tą okazję lub napisany i opublikowany wcześniej na Twoim blogu,
- prace wysyłajcie na e-maila -> violettavilukc@gmail.com
- są wakacje, więc każdy ma dużo wolnego czasu, dlatego też konkurs trwa do 11 lipa. Macie więc 2 tygodnie :) Mam nadzieję, że się wyrobicie, ponieważ później wyjeżdżam,a chciałabym mieć wszystko zakończone. Jednak możliwe, że termin zostanie przesunięty :)
- tak jak to zazwyczaj bywa, zostaną wyłonione 3 najlepsze OS,

Nagrody

1 miejsce 
- publikacja OS na moim blogu,
- dedykacja 3 rozdziałów,
- promocja bloga w 2 rozdziałach

2 miejsce
- publikacja OS na moim blogu,
- dedykacja 2 rozdziałów,
- promocja bloga w 1 rozdziale

3 miejsce
- publikacja OS na moim blogu.
- dedykacja rozdziału




Mam nadzieję, że znajdą się chętni na wzięcie udziału w konkursie. Jeśli nie będzie wystarczającej liczby osób, po prostu konkurs pójdzie w zapomnienie. 
Życzę weny i powodzenia :*
Czekam na Wasze prace Kochani!

Violetta Vilu 
♥



niedziela, 12 czerwca 2016

.04.



Rozdział dedykuję Mar tyna 
♥

Z prędkością światła wchodzę do ponurego apartamentu. Zapalam światło wszędzie, gdzie się da. Nienawidzę mroku, ponieważ wówczas po prostu boję się własnych myśli, które w takich warunkach są jeszcze bardziej słyszalne. Boję się wytworów mojej chorej wyobraźni, która mną tak pomiata. 
Zsuwam ze stóp szpilki i zmierzam do łazienki. Biorę prysznic i owijam się ręcznikiem. Panującą cisze przerywa dźwięk mojego telefonu. 
- Słucham? - mówię, kiedy odbieram.
- Vilu! - słyszę głos mojej przyjaciółki.
- Hej Rey - witam się, w tym samym czasie wycierając ciało - Co u ciebie?
- U mnie wszystko po staremu, ale wiem przecież, że u ciebie zaszły wielkie zmiany.
- Ta - mruczę.
- Ok, opowiesz mi dziś wieczorem - ogłasza dumnie, a moje brwi ściągają się, gdyż zastanawiam się, co może oznaczać jej wypowiedź. 
- Nie rozumiem - mówię po dłuższej chwili ciszy.
- Zabieram cie na imprezę i nie ma żadnego "ale"!
- Rey...
- Cicho! Będę o 20.00- w jej głosie słychać radość. 
- Jeremy też przyjdzie? - pytam się. W głowie mam nadzieję, że odpowie "nie", ponieważ moja relacja z jej narzeczonym nie jest zbyt dobra. 
- Tak - mówi ostrożnie, jakby czekała na mój wybuch. To jednak się nie dzieje. Jedyne co robię, to żegnam się i rozłączam. 
Jest godzina 18.00, a ja jestem w rozsypce. Prędko zaczynam się ubierać.
Ja i Jeremy nie lubimy się. Wynika to z faktu, że znamy się od dość dawna. Tak naprawdę ja, on i Rey byliśmy najlepszymi przyjaciółmi od przedszkola. Wszystko robiliśmy razem. Razem przeżywaliśmy pierwsze miłości, rozstania. Razem rośliśmy i dojrzewaliśmy. Od dłuższego czasu zauważałam dziwne zachowanie Jeremiego wobec mnie. Jak się potem okazało, zakochał się we mnie. Ja jednak nie odwzajemniałam jego uczuć. Kochałam go, ale jako przyjaciela. Poza tym musiałam wyjechać na studia do Londynu. Podczas nauki za granicą, kontakt utrzymywałam jedynie z Rey. Po traumatycznych przeżyciach i ukończeniu studiów wróciłam do rodzinnego miasta. Chciałam wyżalić się najbliższej przyjaciółce, jednak zastałam ją, lecz w związku z moim, jak wówczas już sądziłam, byłym przyjacielem. Oczywiście, nie miałam nic przeciwko temu związkowi, ale potrzebowałam wsparcia Rey. Jednak Jeremi uświadomił mnie, że nie mam czego szukać u niego. Można też powiedzieć, że zakazał mi spotykania się z jego dziewczyną, a moją przyjaciółką, co było totalną paranoją. Rozumiałam jego żal do mnie, ale nie odcinanie mnie od Rey. Wówczas byłam bardzo słaba psychicznie, więc szybko się poddałam. Nie opowiedziałam o zdarzeniach z Londynu nikomu. Ostatecznie, Jeremy wciąż ma do mnie żal za odrzucenie, a ja do niego, za ograniczanie kontaktów z Rey. Nie umiemy przebywać długo w jednym pomieszczeniu, a co dopiero normalnie rozmawiać. Nie raz próbowałam wszystko wyjaśnić. Nie mogłam i wciąż nie mogę patrzeć na smutną Rey. Jej dwie najbliższe osoby nie akceptują się nawzajem. Musiałam pogodzić się z rozczarowaniem. Ale chyba zrobiłam co mogłam...

Ubrana w jeansy z dziurami i białą koszulę otwieram drzwi przyjaciółce i jej narzeczonemu. Buziakiem w policzek witam się z Rey, a do chłopaka mruczę ciche "hej". Szybko maluję usta krwistą pomadką i ponownie tego dnia maskuję cienie pod oczami. Gotowi wychodzimy z apartamentu. 
W klubie czuć przede wszystkim alkohol i pot. Można też wyczuć nutkę seksu, który z pewnością niektórzy ludzie uprawiają w toaletach. Trzymając dłoń przyjaciółki przeciskam się przez tłum. Kiedy w trójkę znajdujemy się przy barze, czuję się jak za dawnych lat. Lecz kilka rzeczy się zmieniło. Teraz Jeremy nie akceptuje mojej obecności, a ja nie akceptuję i przeraża mnie myśl, o tych wszystkich mężczyznach znajdujących się w klubie. Mam dopiero 23 lata, a czuję się jak 40-latka z ciężkim plecakiem doświadczenia życiowego. 
Wszyscy zamawiamy po drinku, a ja wytrzeszczam oczy, kiedy widzę Noah po drugiej stronie długiego baru. 
- Szefowo! - słyszę jego krzyk, kiedy mnie też zauważa. Posyłam mu szczery uśmiech i zaraz potem mężczyzna stoi obok nas.
- Co ty tutaj robisz?! - próbuję przekrzyczeć muzykę.
- Chyba to samo co ty! - odpowiada i obejmuje mnie ramieniem. Zaraz potem się spina, jakby zrobił coś złego i spogląda mi w oczy - Mogę tu trzymać rękę? 
- Dlaczego nie?
- Jesteś moją szefową, nie wiem czy jest to "profesjonalne" - kiedy mówi ostatnie słowo, palcami udaje cudzysłów. Wiem, że mówiąc to, udaje Verdasa, dlatego też wzdrygam się. Biorę kilka głębokich wdechów, próbując o nim szybko zapomnieć. Ten wieczór ma być udany.
- Daj spokój - mówię i posyłam mu uroczy uśmiech. Zaraz potem przedstawiam swojego asystenta Rey i Jeremiemu. Wydaje mi się, że od razu go polubili. Ale jak można nie lubić tak uroczego geja? 
Oczywiście, od razu sygnalizuję przyjaciołom, że jest on homoseksualny. Wówczas widzę na twarzy mojego byłego przyjaciela ulgę. 
Po dłuższej rozmowie postanawiamy pójść potańczyć. 
- Proszę, tylko mnie nie zostawiaj - mówię na ucho Noah, kiedy przeciskamy się między ludźmi. 
- Twoja prośba jest dla mnie rozkazem, szefowo - krzyczy, śmiejąc się. Przewracam oczami, ponieważ pomimo próśb, wciąż mnie tak nazywa. Zaraz potem zaczynamy tańczyć. Dobrze się bawimy, a ja dzięki niemu zapominam o otaczających mnie mężczyznach. Jednak kiedy czuję jakąś dłoń na plechach, zamieram. Noah od razu zauważa strach w moich oczach i z ciekawością mi się przygląda. 
- Ta pani dziś tańczy tylko ze mną - ogłasza mój asystent, a zaraz potem dłoń znika.

- Nie wiem jak jutro wstanę do pracy - marudzi Noah, kiedy siedzimy w loży, pijąc kolejnego drinka - Może dasz mi wolne? - pyta, udając szczeniaczka. 
- Zapomnij - mówię, kręcąc przecząco głową.
- To ja się zwalniam - prycha i odwraca się ode mnie. Ja tylko i wyłącznie śmieję się z jego zachowania. 
- Cóż za strata - krzyczę w jego kierunku, a on wciąż udaje naburmuszonego. 
- A żebyś wiedziała - rzuca w moim kierunku, lekko się obracając - A mogę przyjść na 9.00? 
- No dobrze - ulegam, wciąż się uśmiechając. 
- Dziękuje, jesteś wielka! - piszczy jak kobieta i mocno mnie przytula. Zaraz potem pogrąża się w rozmowie z Jeremim.
- A więc? - słyszę i obracam się w stronę Rey - Jak w pracy?
Momentalnie spoglądam na zegarek, który wskazuje 00.30. Chwile później przed oczami staje mi postać Leona Verdasa. Na moment zamykam oczy, by odgonić myśli o nim. 
- Dużo by opowiadać - odpowiadam w końcu. 
- Mam czas - dodaje zachęcająco Rey.
- No dobrze.
Tak oto przedstawiam jej wszystko, co działo się przez kilka ostatnich dni. Potem postanawiamy wrócić do domów. Jak się okazuje, Noah mieszka niedaleko mnie, więc decydujemy się na wspólny powrót. Czule żegnam się z przyjaciółką i machnięciem ręki z Jeremim. Nim się spostrzegam, Noah ciągnie mnie w stronę parku. Noc jest ciepła, więc postanawiamy się przejść i dodatkowo ocucić się lekko od nadmiaru alkoholu. 
Nagle, kiedy znajdujemy się na mostku, idealnym miejscu dla zakochanych par, Noah zatrzymuje się. 
- Co robisz? - pytam, gdy mężczyzna podchodzi do barierki i opiera się o nią. 
- Dziwnie się zachowujesz - przyznaje patrząc mi w oczy.
- Nie rozumiem.
- Dlaczego w taki sposób reagujesz na mężczyzn? - pyta całkiem poważnie, a moje serce przyspiesza.
- Jaki?
- Oh, proszę cie Vilu. Nie jesteś trudna do rozszyfrowania - przewraca oczami, a ja wciąż milczę - Powiesz mi? - Noah podchodzi bliżej i łapie mnie za rękę.
- Nie umiem - szepczę, wciąż patrząc na ziemie. On chwyta mój podbródek, ponieważ chce, bym patrzyła mu w oczy.
- Vilu, chciałbym ci pomóc..
- Mi już nikt i nic nie może pomóc - mówię smutno - Chodźmy już, jutro praca, a oboje musimy być na 8.00.
- Jak to?! Powiedziałaś, że mogę przyjść na 9.00! - sprzecza się Noah. Jego głos jest piskliwy, jak u kobiety, ale jest to jego atut.
- Przykro mi, ale się rozmyśliłam - wyszczerzam się i idę dalej. 
- No weź się zlituj... - słyszę jęki, na co jedynie przewracam oczami.


Następnego dnia z trudem podnoszę się z łóżka. Po szybkim śniadaniu, ubraniu i pomalowaniu się, wychodzę z domu. Pod firmą jestem po 15 minutach. W lobby spotykam Mię, z którą przeprowadzam krótką rozmowę. Następnie zmierzam do windy i po niespełna minucie jestem na swoim piętrze. W biurze oddycham z ulgą, ponieważ cały czas obawiałam się spotkania Verdasa. 
Gdy siedzę przy biurku i odczytuję maile, drzwi się otwierają, a z nich wyłania się Noah z wielkim grymasem na twarzy.
- Nie lubię cie - syczy i trzaska drzwiami. Ja tylko zaczynam się śmiać, ponieważ jest 8.00, a on ma ogromnego kaca. 
- Tez cie uwielbiam Noah - puszczam mu oczku, a on siada na znajdującej się na przeciwko mnie kanapie - Jakie zadania na dziś? 
- Wyleczyć kaca - mruczy i pociera palcami skroń, z nadzieją, że to mu pomoże.
- A poza tym? 
- Kac morderca, nie ma serca Vilu! Dziś niczego nie robi - mówi, gestykulując.
- Biedaczku - uśmiecham się czule - A tak na poważnie?
Noah wyciąga kartkę i kładzie ją na biurko. Spoglądam na nią i stwierdzam, że dziś muszę tylko spotkać się z Verdasem. A może aż? 
- Wszystko ok? - pyta się, gdyż pewnie zauważył moją bladą twarz. 
- Tak, w porządku - mówię i lekko unoszę kąciki ust. 
- Wiesz, już nigdy nie będę mieszać różnego rodzaju alkoholi. A poza tym, ty masz całkiem dobrą głowę do picia! - oznajmia, śmiejąc się. W tym samym momencie drzwi się otwierają, a w progu pojawia się nikt inny jak sam Verdas. Na twarzy nie ma żadnych emocji. Jakby był z kamienia. 
- Witam - mruczy, na co nawet mu nie odpowiadam. Po prostu, nie widzę w tym sensu. 
- Mogę w czymś panu pomóc? - syczę, cała spięta.
- Tak, ale w cztery oczy - mówi, przenosząc wzrok na rozłożonego na kanapie Noah. Asystent wydaje z siebie jęk i z trudem się podnosi. Kiedy znika na drzwiami, denerwuję się jeszcze bardziej.
- Więc? - pytam - Myślałam, że spotkanie mamy dopiero o 12.00 - staram się być odważna i niewzruszona jego obecnością w moim biurze.
- Chciałem - zaczyna, ja jednak mu przerywam.
- Chciał pan mnie sprawdzić?! Czy przypadkiem nie spóźniłam się do pracy! - Wkurzona, to mało powiedziane. Jestem wściekła. A ten gnojek wciąż stoi i nawet nie próbuje protestować - Proszę stąd wyjść - dodaję. 
Jednak on podchodzi do mojego biurka i tak jak ostatnio, nachyla się w moją stronę.
- Czy pani jest odpowiedzialna? 
- Do czego pan zmierza - mruczę, zniesmaczona jego bliskością.
- Wczoraj do później pory pijaństwo w klubie, a teraz praca? To chyba nie jest zbyt dobre połączenie.
- Niech pan się zajmie swoim życiem - syczę - Może mi pan wytykać błędy na temat pracy, ale moim życiem po niej, proszę się łaskawie nie zajmować! 
Mężczyzna prycha i wychodzi, trzaskając drzwiami. W oczach pojawiają się łzy, a ja nerwowo obracam w dłoni ołówek. 


Kiedy wybija 12.00 zaczynam się denerwować. Spotkanie ma się odbyć w jego gabinecie, więc czym prędzej wstaję z fotela i wychodzę na korytarz. Nie mam zamiaru dać mu powodów do szydzenia ze mnie lub wytykania błędów. 
Gdy stoję pod jego drzwiami, głęboko oddycham. Nieśmiało pukam w drewno i wchodzę. 
- Proszę usiąść - rzuca w moim kierunku. 
Jego biuro jest niewiele mniejsze od mojego. Siadam na skórzanej kanapie przy stoliku do kawy i czekam, aż coś do mnie powie.
- Tu są umowy, które musisz podpisać - podaje mi dokumenty, a ja zabieram się za podpisywanie, ponieważ nie chcę na niego patrzeć. Sama jego obecność jest okropna. 
- To wszystko? - pytam, po wykonaniu czynności.
- Nie - oznajmia i siada obok mnie, dlatego też serce zaczyna mi szybciej bić.
- Więc? - staram się, by mój głos się nie trząsł. 
- Miejsce, w którym ma powstać nowe boisko dla młodzieży jest prawie gotowe do zagospodarowania - mówi obojętnie, patrząc na mnie. Jego oczy są przepełnione zielenią. Muszę przyznać, że nigdy nie widziałam tak pięknych tęczówek. Ale co z tego, skoro to taki dupek? 
- A gdzie się ono znajduje?
- Kilkaset metrów na północ - mówi, podnosząc rękę w moją stronę. Chciał wskazać kierunek, a ja poddałam się odruchowi. Zamykam oczy, marszczę twarz i skulam się, jakbym czekała na uderzenie. 
Kiedy zdaję sobie sprawę, co robię, momentalnie otwieram oczy. Napotykam jego zaciekawione spojrzenie. Prostuję się i gładzę spódniczkę. 
- Czy pani myślała, że panią uderzę? - mówi niesamowicie poważnie. Mogę też wyczuć niepokój, który od niego bije. Głośno przełykam ślinę i kręcę przecząco głową. Następnie szybko wychodzę z jego biura, a jedyne co chcę zrobić, to schować się i płakać.

♥



Hej!
Dziś szybciutko.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu!
Jest chociaż trochę ciekawie? 
Bo mam lekkie wątpliwości...

Życzę miłego tygodnia i do następnego rozdziału Kochani!

KOMENTUJCIE!

Buziaki!
Olaaaa

:*

sobota, 4 czerwca 2016

.03.



Rozdział dedykuję wszystkim, którzy skomentowali mój ostatni post ♥



Do apartamentu wracam cała roztrzęsiona i zapłakana. Bezsilnie zdejmuję biżuterię i ubrania. Biorę odprężający prysznic. Słone łzy przemierzające moje policzki mieszają się z słodką wodą spływającą po mojej twarzy i ciele. 
Próba bycia silną jest cholernie trudna, ale nie niemożliwa do zrealizowania. Jednak by być nieugiętą, muszę posiadać podstawę. A podstawą jest dobra psychika, której niestety nie mam. Wydarzenia z przeszłości odbijają się właśnie teraz. Nieufność, strach, ból, lęk, smutek, obrzydzenie, niepewność, żal... To wszystko buzuje w mojej głowie i nie pozwala na normalne funkcjonowanie. Ile bym dała, żeby moje losy potoczyły się inaczej, by pewne osoby w ogóle nie pojawiały się w moim życiu, aby moje życie nie było przepełnione tym, czy jest przepełnione teraz. Lecz muszę radzić sobie z problemami, udawać, przekonywać innych o tym, że jest dobrze. Innych, ale i siebie samą. 
Nikt tak naprawdę nie wie, co działo się w niedalekiej przeszłości. Chyba nie jestem gotowa na to, by z kimś o tym porozmawiać. Z pewnością zauważalna jest moja przemiana, jednak każdy milczy. Wszyscy mają swoje problemy, a ja nie chcę dokładać swoich. Jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, te dobre, jak i te złe. Czasu nie cofniesz, więc żal pozostaje do dzisiaj.
Owinięta białym ręcznikiem suszę włosy i nakładam na twarz krem. Przebrana w piżamę wchodzę pod kołdrę, a moje myśli NIE są z szatynem, którego tak po prostu się obawiam.

Moje lakierowane szpilki, które dziś dobrałam do ołówkowej spódnicy i białej koszuli dźwięcznie stukają o posadzkę w lobby. Witam się z Mią i zmierzam ku windzie. Kiedy znajduję się na 14 piętrze zmierzam do swojego biura. Pora nałożyć maskę - myślę, otwierając drzwi.
Siadam na wygodnym fotelu i włączam komputer. Po chwili słyszę pukanie.
- Proszę - odpowiadam miło i spoglądam w stronę wejścia. 
- Witaj Violetto - do pomieszczenia wchodzi mój asystent - Noah.
- Dzień dobry - posyłam mu skromny uśmiech.
- To są twoje dzisiejsze spotkania i konferencje - mówi, kładąc na biurku kartkę - Za godzinę spotkanie z prezesem firmy z Kanady, potem przychodzi pan Verdas, z którym idziesz na konferencję - na nazwisko mojego wspólnika lekko się wzdrygam, a przed oczami pojawiają się urywki z ostatniego wieczoru. Mimowolnie spoglądam na nadgarstek, który ostatnio został ściśnięty przez mężczyznę. Serce zaczyna mi szybciej bić, a ręce się pocą - Po konferencji jest lunch, a po nim ponownie spotykasz się z Verdasem - oddycham coraz szybciej - Po skończeniu spotkania nie masz już żadnych planów.
Patrzę na niego osłupiała. Nie sądziłam, że tak często będę przebywać w towarzystwie szatyna. Kompletnie nie mam pojęcia, jak temu podołam, ale obiecałam sobie, że postaram się udowodnić mu, że jego słowa i opinia o mnie jest błędna. Poradzę sobie.
- Dlaczego tak często spotykam się z panem Verdasem? - pytam nagle.
- Jest twoim wspólnikiem, więc wszelkie decyzje podejmujecie razem. Razem uczęszczacie na konferencje, podpisujecie umowy, chociaż to ty masz ostatnie słowo - tłumaczy, a ja ze zrozumieniem kiwam głową.
- Dziękuję - mruczę pod nosem - Na prawdę bardzo mi pomogłeś.
- To była przyjemność, a poza tym, będę robić to codziennie, jestem przecież twoim asystentem.
- Racja - odpowiadam. Noah to miły i bardzo przystojny mężczyzna. Kiedyś, gdy czasem zachodziłam do pracy ojca, mijałam go w korytarzu - Czy jest tu ktoś, kogo powinnam się obawiać? - pytam ciszej, jakby z obawy, że ktoś może mnie usłyszeć. Mężczyzna uśmiecha się szeroko i wygodniej rozsiada się na skórzanej kanapie znajdującej się przed biurkiem. 
- Tak naprawdę, to każdy pracownik boi się teraz jednej osoby - wyznaje, a ja przyglądam się mu z ciekawością - Ciebie - dokańcza, a ja prycham i uroczo się uśmiecham.
- Jak to?
- Nikt tak na prawdę nie wie, jaka jesteś. Jedni mówią, że przyjazna, inni, że jesteś suką - szepcze rozbawiony.
- Nie jestem suką! - mówię głośniej, radosnym głosem - A może lepiej żebym taka była? Wtedy nikt nie wykorzysta mojego dobrego serca.
- Może bądź przyjazną suką? - po jego wypowiedzi oboje zaczynamy się śmiać. Nie wiem dlaczego, ale oboje zachowujemy się, jakbyśmy znali się kilka dobrych lat. Oczywiście, nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że jest ktoś, komu mogę się przyznać do niewiedzy i niepewności.
- Da się? - wciąż się śmiejemy.
- Sprawdźmy to - odpowiada miło i podnosi się z miejsca.
- Idziesz już? - nie wiem dlaczego, ale czuję smutek. Polubiłam go, pomimo, że nie znamy się za długo. 
- A mam zostać? - jego uśmiech się poszerza.
- A jest to w jakiś sposób nieodpowiednie? - nie jestem przekonana, jakie panują reguły w tej firmie, ale ja mogę chyba wyznaczyć nowe, prawda? 
- Nie mam pojęcie, ale chętnie zostanę - mówi z śmiesznym wyrazem twarzy oraz wzrusza ramionami. Zaraz potem z wielkim uśmiechem siedzi na dawnym miejscu i bacznie mi się przygląda. - No więc - przeciąga ostatnie słowo i trzepocze rzęsami - Czego chcesz się jeszcze dowiedzieć?
- Co sądzisz o Verdasie? - mówię, zanim zdążę ugryźć się w język. Mężczyzna niepewnie na mnie patrzy, jakby bał się cokolwiek powiedzieć - Nie pisnę ani słowem.
- No dobra - przewraca zabawnie oczami - Uważam, że jest super seksowny - po jego słowach wytrzeszczam oczy. On to oczywiście zauważa - Jestem gejem - Przez moment panuje cisza - Czy coś w tym złego?
- Nie! - odpowiadam szybko - Oczywiście, że nie!
- Ciesze się - szczerzy się w moim kierunku. Można powiedzieć, że czuję ulgę po jego wyznaniu. Fakt, że nie pociągają go kobiety sprawia, że nie mam się czego obawiać w jego towarzystwie - Wracając do Verdasa - kontynuuje - Poza tym, że to ciacho, jest perfekcjonistą. Uwielbia mieć wszystko jak w zegarku - czuję, jak samoistnie na mojej twarzy pojawia się grymas - Kocha kontrolę oraz perfekcję.
- Nie pomagasz - mówię do siebie, ale on i tak to słyszy. 
- Będzie dobrze - zapewnia mnie - Myślę, że twój ojciec bardzo dobrze zrobił powierzając ci firmę. 
Uśmiecham się do niego szczerze. Chociaż jedna osoba mnie wspiera. Osoba, którą poznałam całkiem niedawno. 
- Dziękuję.
- Do usług szefowo - wypowiada się żartobliwie, na co ja wywracam oczami - No dobrze, muszę wracać do pracy. Ale jeśli będziesz potrzebować pomocy w dokumentach, czy po prostu przytulenia, to daj znać - uśmiecha się i puszcza mi oczko.
- Będę pamiętać - odpowiadam równie wesoło i odprowadzam go wzorkiem do wyjścia.

Czas mija dość szybko i nim się obejrzę, zegar wskazuje 10:00. Nagle słyszę pukanie do drzwi. Głośno przełykam ślinę i mówię kilka motywujących mnie słów.
- Proszę - mówię donośnie. Zaraz potem w drzwiach staje mężczyzna w podeszłym wieku. Próbuję wyglądać pewnie, ale sama wiem, że to mi nie wychodzi. Nieznajomy podchodzi bliżej biurka, a ja podnoszę się z fotela i podaję mu swoją dłoń - gram odważną i pewną siebie bizneswomen. 
- Violetta Catillo - mówię.
- Jacob Carolls - odpowiada i chwyta moją dłoń. Cała się spinam, ale powinnam powoli się do tego przyzwyczajać. Przecież nie każdy mężczyzna ma w głowie jedno, prawda? 
W myślach modlę się o zakończenie się tego spotkania.

Ku mojemu zdziwieniu, nie trwa ono dłużej niż 30 min. Mężczyzna okazuje się być bardzo miły. Wypytuje o mnie, mojego brata i rodziców. Dowiaduję się też, że jest bliskim przyjacielem mojego ojca, co utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mam się czym przejmować. Przynajmniej nie aż tak bardzo, jak zazwyczaj bym to robiła. Uzgadniamy również warunki współpracy.
- Jesteś naprawdę dobra w tej branży - chwali mnie, kiedy oboje stoimy przy drzwiach, żegnając się. 
- Dziękuję - uśmiecham się w miarę miło.
- Twój ojciec podjął dobrą decyzję, a jemu należy się już emerytura - dopowiada - Do widzenia Violetto.
- Do widzenia - odpowiadam i zamykam za nim drzwi. Opieram się o nie plecami i głęboko oddycham - Chyba było dobrze - mruczę i siadam w fotelu. 
Nagle słyszę pukanie do drzwi. Mruczę "proszę", a w drzwiach pojawia się Noah z wielkim uśmiecham na twarzy. Ten mężczyzna zaraża pozytywną energią, bo sama się uśmiecham.
- No i jak było? - pyta, siadając na kanapie, tam gdzie ostatnio.
- Chyba całkiem dobrze. Pochwalił mnie oraz uzgodniliśmy warunki współpracy.
- To świetnie! - klaszcze radośnie w dłonie. Co za niesamowity człowiek...
- Co teraz? - pytam radośnie i biorę łyka herbaty, przyniesionej przez Mię kilka chwil temu.
- Zaraz przyjdzie pan Verdas, z którym idziesz na konferencję - ogłasza, a mi z twarzy znika uśmiech. Zaczyna mnie boleć brzuch, a ręce zaczynają się trząść. Biorę parę głębokich wdechów i próbuje się uspokoić. To jednak nie skutkuje, ponieważ Leon Veras kojarz mi się jedynie źle. Plus jest mężczyzną, co w ogóle wywołuje u mnie panikę. 
- Wszystko w porządku? - z rozmyślań wyrywa mnie głos Noah. 
- Ta - mruczę zamyślona i przestraszona zarazem.
- Może pójdziemy na lunch razem? Co o tym myślisz szefowo? - pyta.
- Nie nazywaj mnie tak - mówię uśmiechnięta.
- Dlaczego? - wytrzeszcza śmiesznie oczy, dlatego też zaczynam się śmiać.
- Bo czuję się staro! 
- Oj tam! - macha przed sobą ręką, jakby odganiał jakąś muchę - No więc?
- Myślę, że z chęcią - przyznaje, na co on ponownie klaszcze w dłonie. 
Rozmawiamy, a raczej śmiejemy się jeszcze chwilę, póki nie słyszymy donośnego pukania w drzwi. Cała zamieram, a Noah przygląda mi się z zaciekawieniem.
- Proszę - odpowiadam trzęsącym się głosem. 
Zaraz potem moim oczom ukazuje się szatyn, ubrany w ciemny garnitur, który idealnie na nim leży. Od razu czuje jego wodę kolońską, którą pamiętam z naszego ostatniego spotkania. Przygląda się mi i mojemu asystentowi.
- Czy to nie jest nieodpowiednie zachowanie? - tak własnie nas wita.
- Nie wiem co ma pan na myśli - odzywa się Noah, a ja jestem mu wdzięczna.
- Nie ma pan co robić? - pyta Verdas.
- Oczywiście, że mam - prycha.
- No więc proszę się tym zająć, a nie zabawiać się z szefową - syczy, a ostatnie słowo wypowiada pogardliwie. Od razu wszystkiego mi się odechciewa. 
- Z tego co pamiętam nie jest pan moim szefem - pyskuje asystent.
- Noah, idź już - mówię to, gdyż nie chcę jeszcze bardziej zdenerwować Verdasa.
- Już mnie nie ma - żegna się i wychodzi.
Przez moment Verdas wypala we mnie dziurę swoim wzrokiem, dlatego też głośno przełykam ślinę. Zaraz potem podnoszę się z fotela i chwytam teczki znajdujące się na drewnianym biurku. Potem zmierzam w kierunku wyjścia.
- To jest nieprofesjonalne - mówi w końcu, kiedy trzymam klamkę. Obracam się do niego i spotykam zielone tęczówki. 
- O czym pan mówi?
- O tym, co przed chwilą zastałem.
- Nie widzę w tym nic złego - odpowiadam, topiąc się pod jego okropnym spojrzeniem. Wiem, że jeśli dłużej tam postoję, mogę spanikować i uciec.
- Ja wręcz przeciwnie - burczy pod nosem.
- Nie obchodzi mnie pańska opinia - rzucam i wychodzę. 
Idąc przez korytarz czuję jego obecność za sobą. Cholernie się krępuję, a serce od kilkunastu minut bije niezmiernie szybko. Wiele osób się ze mną wita, a ja jestem tak zestresowana, że jedynie mogę kiwnąć głową. 
Gdy pociągam za klamkę drzwi do sali konferencyjnej biorę głęboki wdech, a potem wydech. 
- Zamierza pani otworzyć te drzwi, czy postoimy sobie jeszcze kilka minut? 
Na ton jego głosu znacznie się wzdrygam. Szybko więc pociągam za klamkę i wchodzę do pomieszczenia. Wszyscy już tam są, a kiedy mnie widzą, podnoszą się z foteli. Zajmuję miejsce w najbardziej widocznym miejscu przy stole. Na moje nieszczęście Verdas siada tuż obok mnie. Próbuję ignorować jego obecność, ale słabo mi to wychodzi. 
- Witam wszystkich - mówię donośnie, by każdy mnie usłyszał. 

Podczas konferencji ustalam zasady panujące w firmie, słucham każdego, kto zabiera głos. Następnie przechodzimy do celu konferencji, czyli nowego projektu stadionu. Rozdzielam stanowiska i terminy realizacji projektów. Podczas tego, niejednokrotnie słyszę prychniecie szatyna siedzącego obok mnie. Za każdym razem się wzdrygam. Nerwowo uderzam stopą w podłogę, czekając na zakończenie męczarni w towarzystwie Leona.
Kiedy konferencja się kończy, niektórzy podchodzą do mnie z gratulacjami lub pochwałami. Kiedy wszyscy opuszczają salę, na moje szczęście, Verdas również, robię to i ja. Wracam do swojego gabinetu i odkładam dokumenty. Odbieram też telefon od ojca, któremu zdaję relację z minionych spotkań. Zaraz potem razem z Noah wychodzimy na lunch do pobliskiej restauracji. 
- I jak konferencja? - pyta, kiedy złożone zostało zamówienie. 
- Dobrze - odpowiadam.
- Mogę cie o coś spytać? 
- Jasne - mówię wesoło.
- Co jest między tobą a Verdasem?
- Lubisz ploteczki, co? - pytam śmiejąc się.
- Tak, ale teraz pytam całkowicie poważnie - przygryzam wnętrze policzków po jego wypowiedzi. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o wszystkim.
- Nie zbyt się lubimy - przyznaje w końcu.
- Da się zauważyć, kochana - prycha rozbawiony - Ale co się między wami stało?
- Chodzi o to, że wczoraj wparował do mojego biura i zaczął się rzucać. Nie byłam mu dłużna, oczywiście. Potem był ten bal, na którym ponownie go spotkałam. 
- I tyle? 
- Przekonany jest, że sobie nie poradzę. Uważa, że jestem za słaba na tą branżę - przyznaję niepewnie. Boję się, że Noah może to potwierdzić.
- On chyba zdurniał - odzywa się mężczyzna, a ja obdarzam go radosnym uśmiechem - Nadajesz się do tego jak nikt inny. Masz to w krwi, kochanie!
- Dzięki Noah, jesteś świetny - przyznaję.
- Przecież dobrze o tym wiem - mruga do mnie, a ja przewracam oczami. 
Lunch mija bardzo szybko, ale i w zabawnej atmosferze. 
Gdy jesteśmy już w biurze, rozdzielamy się. Ponownie siadam w wygodnym fotelu i głęboko oddycham. Bardzo dobrze wiem, że zaraz przyjdzie Verdas. 
Nim się oglądam, szatyn wchodzi do gabinetu bez pukania.
- Puka się - myślę, bo przecież nie jestem na tyle odważa, by powiedzieć mu to w twarz. A może jednak?
Mężczyzna siada na kanapie i wyczekująco na mnie patrzy.
- Mogłaby pani tu usiąść? - odzywa się niemiło. Czuję lęk i odrazę względem jego osoby.
Podnoszę się z fotela i z gracją siadam obok niego. 
- Spotkała się pani z prezesem z Kanady, prawda? - jego głos jest szalenie oschły. Nawet na mnie nie patrzy, więc ja również tego nie robię.
- Tak, uzgodniliśmy warunki współpracy - odpowiadam.
- Może mi pani pokazać te warunki? 
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby - prycham i jeszcze bardziej odsuwam się od niego. On to zauważa i z komicznym spojrzeniem na mnie spogląda.
- Przecież pani nie ugryzę - to go oczywiście bawi. Nie zna prawdziwych powodów mojego zachowania, a z pewnością pochopnie mnie ocenia. 
- Wolę mieć się na baczności - mówię nieprzyjemnie. 
- Pokaże mi pani te warunki?
- Nie, ponieważ uważam, że wszystko w nich jest perfekcyjne. Dobrze wiem, że chce pan mnie sprawdzać i szukać choćby najmniejszego błędu, nie jestem głupia - syczę, zniesmaczona przystojnym dupkiem. 
- Nie mam takich zamiarów - zapewnia, na co ja przewracam oczami. Mężczyzna wzdycha ciężko, a następnie wyjmuje jakąś umowę - To umowa sprzedaży pewnego placu, który należał do pewnego urzędnika. W planach jest wybudowanie tam wieżowca. 
- Można wiedzieć kto podjął taką decyzję? 
- Ja - odpowiada nieskromnie. 
- Nie zgadzam się na to - wstaję i siadam na fotelu.
- Słucham?! - podnosi głos, a ja się wzdrygam i przymykam na kilka sekund powieki. 
- Nie zgadzam się na to! Uważam, że powinniśmy zrobić tam park, a nie zabudowywać piękną okolicę.
- Oszalała pani?! - zaczynamy się kłócić, a ja już myślałam, że dziś obejdzie się bez tego.
- Nie oszalałam. A poza tym, to ja podejmuję ostateczną decyzję, nie pan! 
Gwałtownie podnosi się z miejsca i rzuca teczką na biurko. Nie powiem, jestem lekko przerażona. Opiera się rękoma o mebel i patrzy na mnie tymi swoimi oczami. Kipi w nich złość, a ja jestem tego  powodem. 
Głośno przełykam ślinę i delikatnie się odsuwam, kiedy on się nachyla.
- Wiedziałem, że współpraca z panią będzie trudna, ale nie, że aż tak - syczy przez zaciśnięte zęby.
- Uważam bardzo podobnie - komentuję. 
Uderza pięścią w stół, na co ja aż podskakuję na krześle biurowym. On najprawdopodobniej zauważa to i prostuje się.
- Boi się mnie pani? - pyta trochę spokojniej, ale mogę wyczuć kpinę. Przygryzam wargę, bo nie wiem co mam odpowiedzieć. Boję się go, tak, to prawda. Ale nie mogę tego przyznać, bo zostanę wyśmiana - Co do tego, co stało się na balu - zaczyna. Patrzę na niego zdezorientowana - Chodzi mi o to, że złapałem panią za nadgarstek - tłumaczy, a ja czuję, jak blednę. 
- Nie ma o czym rozmawiać - mruczę.
- Mam nadzieję, że nic się pani nie stało. Wglądała pani na przerażoną - opowiada, a ja mam chęć zatknięcia uszu. Tak bardzo chcę, żeby przestał. Podczas jego wypowiedzi wszystkie wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą, a ja mam chęć jedynie płakać. 
- Niech pan stąd już idzie. Wszystko jest w porządku - stać mnie jedynie na tyle. Zaraz potem on wychodzi i zostawia mnie samą, roztrzęsioną. 
Czym prędzej zbieram wszystkie swoje rzeczy. Skinieniem głowy żegnam się z Noah i wychodzę. Pragnę uciec od niego jak najdalej. Od niego i wszystkich mężczyzn.






♥

Hej!

Ola powraca :P
Co prawda, nie jestem jeszcze w 100% przekonana, ale piszę ;)

Dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Komentowały osoby, które nigdy tego nie robiły. A to mnie na prawdę cieszy ♥

Mam nadzieję, że rozdział 3 się Wam spodobał. 

Napiszcie mi swoją opinię na temat tego rozdziału, jak i całego nowego opowiadania w komentarzu. Byłabym ogromnie wdzięczna :D

Nie wiem czy zauważyliście, ale blog przybrał trochę inny wygląd. W sumie, jest tu dość minimalistycznie, czyli tak jak lubię xD
Zaktualizowałam też zakładki, więc serdecznie zapraszam!

Mam nadzieję, do następnego
Ola :*


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka